Sprawa zmartwychwstania – dodatek 3

Poprzedni rozdział (Dodatek 2)

Proces Jezusa

Jednym z najlepszych dzieł napisanych kiedykolwiek na temat prawniczych aspektów procesu, ukrzyżowania i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa jest dwutomowa książka The Trial of Jesus (Proces Jezusa), której autorem jest Walter M. Chandler, były sędzia Sądu Najwyższego stanu Nowy Jork. (Innym autorytatywnym źródłem jest dzieło Josefa Blinzlera o tym samym tytule: The Trial of Jesus).

Podejście Chandlera do oceny świadectwa Apostołów jest bardzo wartościowe. Jego praca to wspaniałe źródło analizowania rzetelności nowotestamentowych opisów zmartwychwstania. Sądzę, że materiał ten znacznie poszerzy wiedzę czytelnika na temat faktów związanych ze zmartwychwstaniem Chrystusa. Oto fragment tego dzieła:

Wiarygodność świadectwa opiera się na:

  1. uczciwości świadków,
    2. ich zdolności do powiedzenia prawdy,
    3. liczbie świadków i zgodności ich świadectw,
    4. zgodności świadectw z doświadczeniem,
    5. zgodności świadectw z innymi okolicznościami.

Zastosujmy powyższe wymagania, w przedstawionej powyżej kolejności, do ewangelistów.

  1.  Najpierw rozważmy problem ich uczciwości.

Znaczenie słowa „uczciwość”, które zostanie tutaj wykorzystane, jest szczególne. Wiąże się ono raczej z osobistą szczerością niż z osobistą niewinnością i łączy się bardziej z krzywoprzysięstwem aniżeli z innym pospolitym przestępstwem. Czy świadkowie byli uczciwi? To znaczy, czy byli szczerzy? Czy zamierzali powiedzieć prawdę? Czy sami wierzyli w to, o czym świadczyli? Jeżeli tak, to choćby ich świadectwo było fałszywe w rezultacie błędu w ocenie lub pomyłki co do faktu, byli oni uczciwymi świadkami.
Tak więc test uczciwości należy zastosować do ewangelistów – jako świadków faktów, o których donoszą w Nowym Testamencie – w sensie szczerości. W przeprowadzeniu tego testu pamiętajmy o naturze i zakresie niniejszej pracy. Nie jest to traktat religijny, dlatego też nie można pozwolić, aby czynnik natchnienia wpływał na dyskusję czysto prawniczą i historyczną. Ewangeliści muszą tu być traktowani jako świeccy historycy, a nie jako natchnieni pisarze. W badaniu ich wiarygodności powinny być zastosowane te same zwyczajowe normy, które są wykorzystywane w analizowaniu motywów postępowania zwykłych ludzi, w zwykłych doświadczeniach i wydarzeniach codziennego życia. Autorowi tej pracy obce jest uważanie ewangelistów za dziwne i nadprzyrodzone istoty, poddane jakiemuś nieziemskiemu wpływowi i działające pod kierownictwem i ochroną jakiegoś bożka czy herosa.

Wydaje się, że dla zastosowania testu szczerości w stosunku do ewangelistów konieczne jest przebadanie jedynie dwóch kwestii: 1. ich charakteru, 2. ich motywów. A to dlatego, że uczciwy charakter i prawy motyw dają w rezultacie doskonałą szczerość. Tak więc należy najpierw ustalić, czy autorzy Ewangelii byli ludźmi dobrymi, czy złymi. W ich przypadku niemożliwe jest jakieś stanowisko pośrednie. Związane z tym zagadnienia i skutki, które zostały przez nie wywołane, są zbyt poważne i zdumiewające, aby mogły być wytworzone przez negatywne czy obojętne siły. Jeżeli byli dobrymi ludźmi, to wierzyli w to, czego nauczali i co pisali oraz byli szczerzy – gdyż inaczej świadomie podsuwaliby światu oszustwo, co jest niezgodne z hipotezą, iż byli oni dobrzy. Jeżeli zaś byli złymi ludźmi, to między ich życiem a nauczaniem istnieje zasadnicza sprzeczność. Byłoby to niezgodne z ich naturą, jako że w swoich wypowiedziach i pismach zaprezentowali i głosili oni najwznioślejsze prawdy znane ludziom. Takiego przesłania historia nie zapisała nigdzie ani przed nimi, ani po nich. Każdy myślący, poważny umysł od razu zapyta: Czy ludzie źli, podstępni i obłudni mogliby stworzyć postać, której doskonała czystość i bezgrzeszne piękno zawstydzają umysłowe i duchowe przymioty każdego fałszywego proroka i wszystkich pogańskich bogów? Zeus olimpijski, swobodny wytwór wspaniałego intelektu greckiego, to mściwe i zawzięte bóstwo – niewierny małżonek i pijany uwodziciel. Mahomet, któremu setki milionów ludzi oddaje cześć jako prorokowi natchnionemu przez Allacha, był okrutny i zdradziecki w walce, a fałszywy i zmysłowy w życiu prywatnym. Wielki Duch Indian udzielał nieśmiertelności psom, ale nie dawał jej kobietom. Inne ohydne i potworne przymioty deformowały obrazy i plamiły charaktery pogańskich proroków i bóstw. Lecz Jezus z Nazaretu był czysty, doskonały i twierdził, że jest Bogiem, a Jego słowa są potwierdzane przez cały świat – zarówno wierzących, jak i niewierzących. Wielkie prawdy, których nauczał ten subtelny Nazarejczyk, przekazane dalej przez ewangelistów, przyniosły ukojenie i uzdrowienie narodom, ogłosiły i ustanowiły powszechne braterstwo wśród ludzi. Czy jest prawdopodobne, aby taka postać została wymyślona, a prawdy te ogłoszone przez nieuczciwych i nieszczerych ludzi? Czy występek może być matką cnoty? „Czy ludzie zbierają jabłka z cierni lub figi z ostów?” Jeżeli Jezus nie był w rzeczywistości tą świętą postacią, którą przedstawiają ewangeliści, oznacza to, że stworzyli oni we wspaniałej fikcji wzniosłą postać, która przewyższa najznakomitszych bohaterów występujących w dziełach literatury świeckiej. Tego ludzie o złym umyśle nie mogliby ani wymyślić, ani wykonać. Niemożliwe jest wyciągnięcie z tych rozważań jakiegoś innego wniosku, poza stwierdzeniem absolutnej uczciwości i doskonałej szczerości ewangelistów. Poza tym samo przeczytanie ich pism pozostawia głębokie przekonanie, że byli to prawi i pobożni ludzie.

Drugie zagadnienie dotyczące szczerości pisarzy Ewangelii to ich motywy. Są one poważniejsze niż sprawa charakteru. Jeżeli ewangeliści byli nieszczerzy i nie wierzyli w swoje własne relacje, to jaki motyw kierował nimi w czasie głoszenia ich, pisania i oddawania za nie życia? Nie można uważać, że wszyscy współczesni ludzie są całkowicie egoistyczni albo że wszyscy byli tacy kiedyś. Istnieje jednak zgoda co do tego, że pragnienie wynagrodzenia jest główną przyczyną ludzkich działań, zarówno duchowych, jak i fizycznych. Nagroda jest wielkim złotym kluczem, który otwiera drzwi Świątyni Pracy. Jakaś forma wynagrodzenia – teraz lub w przyszłości – wyjaśnia wszelką działalność człowieka. Apostołowie także działali zgodnie z tym prawem, ponieważ odkrywamy, że kłócili się między sobą o miejsce i pierwszeństwo w królestwie Bożym. Domagali się nawet od swego Mistrza dokładnego wyjaśnienia natury ich wynagrodzenia za wykonane prace i poniesione ofiary. Odpowiedź brzmiała, że będą siedzieć na dwunastu tronach i sądzić dwanaście pokoleń Izraela.

Zastosujmy teraz zasadę oczekiwania wynagrodzenia do postępowania ewangelistów, wyrażającego się w głoszeniu oraz pisaniu Ewangelii. Zauważmy zwłaszcza, w jaki sposób rezultat naszego rozumowania odnosi się do zagadnienia motywu w ludzkim postępowaniu. Najpierw jednak przyjrzyjmy się przez chwilę sytuacji politycznej i religijnej na początku posługi Apostołów. Mistrz i Zbawiciel pierwszych chrześcijan został niedawno zgładzony jako złoczyńca na krzyżu. Religia, którą Apostołowie zaczęli głosić, była oparta na doktrynie nawrócenia, oczyszczenia z grzechów, wiary w Ukrzyżowanego i wiary w Jego powstanie z martwych. Chrześcijaństwo, dla którego te elementy były najistotniejsze, chciało zniszczyć i wyprzeć wszystkie inne religie. Nie proponowało żadnych kompromisów, nie brało pod uwagę żadnych układów. Uczniowie Nazarejczyka rzucili wyzwanie pogańskim bogom. Nie prosili o łaskę i nie otrzymywali jej. Ta dziwna wiara nie tylko zaprzeczała wszystkim innym religiom, lecz także kpiła ze wszystkich wielkich rządów, które nie były na niej oparte. Mała, lecz pełna poświęcenia grupa już na samym początku skierowała przeciwko sobie wszystkie inne religijne i świeckie siły świata. Judaizm napiętnował tę nową wiarę jako nieposłuszną i zbuntowaną córkę. Świat pogański określił ją jako blagę i oszustwo, ponieważ jej doktryny były nie znane Akademii, a jej nauki zostały wyśmiane zarówno przez stoików, jak i przez epikurejczyków. Państwo rzymskie zwróciło swe zazdrosne i czujne oczy na wyniosłe pretensje systemu religijnego, który nauczał o bezsilności królów i nie przypisywał znaczenia ziemskiemu królestwu.

Starając się więc rozwinąć tę nową wiarę i głosząc jej nauki, czegóż innego mogli ewangeliści oczekiwać, jak nie zaciekłej opozycji, której stawili czoło? Czyżby naprawdę mieli nadzieję zobaczyć jak dumni i pyszni saduceusze, którzy pogardzali zwykłym ludem, albo arystokracja Rzymu, która przechwalała się nadludzką doskonałością, z zadowoleniem przyjmą religię nauczającą o absolutnej równości i powszechnym braterstwie ludzi? Czyż nie oczekiwali raczej tego, co rzeczywiście stało się ich udziałem – potwornych prześladowań, strasznych tortur i okrutnej śmierci? To prowadzi nas do pytania: Czy to było wynagrodzenie, którego szukali? Wróćmy do pytania postawionego wcześniej: Jaki motyw mieli ci ludzie, działając w ten sposób, jeżeli byli nieuczciwi i nieszczerzy? Skoro wiedzieli, że to, co głoszą, jest fałszerstwem, jakiej nagrody oczekiwali? Czy była to nagroda ziemska, czy niebiańska? Nierozsądne jest przyjmowanie, że oczekiwali oni nagrody ziemskiej, skoro ich nauki skierowywały przeciwko nim każdego duchowego czy doczesnego władcę, który miał jakieś zaszczyty do nadania lub łaski do udzielenia. Czy oczekiwali nagrody niebiańskiej? Śmieszne jest wyobrażanie sobie, że spodziewali się oni zdobyć ją, głosząc na tym świecie fałszerstwo. Nic nie mogłoby więc być bardziej absurdalne niż twierdzenie, że pewna grupa ludzi związała się ze sobą, że ludzie ci porzucili starożytną wiarę ojców, przemienili całkowicie sposób swego życia, odważnie wyznawali i praktykowali zasady cnoty, poświęcili się bez reszty głoszeniu ludzkości pewnych prawd, umarli śmiercią męczeńską – a wszystko dla sprawy religii, o której wiedzieli, że jest fałszywa. Jeżeli wierzyli, że nie jest ona fałszywa, to znaczy, że byli szczerzy, i w ten sposób jeden z elementów ich wiarygodności jest stwierdzony. W tym miejscu problemem nie jest absolutna prawdziwość ich twierdzeń. Twierdzenia te mogły być fałszywe, pomimo że ci, którzy je wypowiadali, mogli wierzyć, iż są prawdziwe. Jest to więc problem szczerości. Test szczerości jako elementu wiarygodności opiera się na tej prostej zasadzie, że ludzie bardziej wierzą słowom świadka, jeżeli uważają, że świadek sam w nie wierzy.

  1. Po drugie, w teście wiarygodności ewangelistów jako świadków rozpatrzymy ich zdolność do mówienia prawdy.

Autorzy podręczników dotyczących dowodu prawniczego powszechnie się zgadzają, że zdolność do złożenia prawdziwego i rzetelnego zeznania opiera się na dwóch elementach:

  1. naturalnych zdolnościach obserwacyjnych świadka, które umożliwiają mu wyraźne postrzeganie faktów, oraz sile jego pamięci, która umożliwia mu zachowanie w pełni istoty faktu, którego dotyczy jego świadectwo;
  2. możliwości zaobserwowania przez świadka spraw, o których świadczy.

W jakim stopniu autorzy Ewangelii posiadali pierwszą z tych kwalifikacji – to jest zdolność obserwacji i siłę pamięci? Nie możemy dowiedzieć się tego ani z historii, ani z tradycji. Lecz z pewnością słusznie postąpimy przyjmując za prawdę to, co prawo zakłada w praktyce – że byli oni przynajmniej ludźmi zdrowymi na umyśle i o przeciętnej inteligencji. Można dodać, że to założenie działa na korzyść świadka tak długo, dopóki nie pojawi się ktoś, kto temu zaprzeczy i wykaże swą rację za pomocą kompetentnego i zadowalającego materiału dowodowego. Sądzimy, że taki materiał dowodowy w sprawie ewangelistów nigdy nie został przedstawiony i nigdy nie będzie mógł być z powodzeniem przedstawiony.

Poza tym prawniczym założeniem przemawiającym na korzyść autorów Ewangelii istnieją pewne wskazówki, które zmuszają nas do uwierzenia, że posiadali oni odpowiednie kwalifikacje, aby autorytatywnie i rzetelnie wypowiadać się o sprawach związanych z treścią Ewangelii. Po pierwsze, same ich pisma wykazują ich niezwykłą sprawność umysłową oraz inteligencję. Co więcej, Ewangelie św. Łukasza i św. Jana przejawiają elegancję stylu i wzniosłość wyobrażeń, które niezaprzeczalnie świadczą o kulturze i głębi intelektualnej ich autorów. Myślenie o autorach Ewangelii jako o „ignoranckich rybakach” z pewnością nie jest słuszne. Jeżeli nawet kiedyś byli ignorantami, to w czasie tworzenia pism ewangelicznych z pewnością już nimi nie byli. Fakt, że Ewangelie zostały napisane w języku greckim przez Hebrajczyków, wskazuje, że nie byli oni analfabetami.

Także zawody dwóch z nich są bardzo znaczące. Mateusz był poborcą podatków, a Łukasz lekarzem. Obie te profesje wymagają dobrej znajomości ludzi oraz odpowiednich zdolności do obserwowania, rozróżniania i analizowania.

Często twierdzi się jednak, że niezależnie od swoich naturalnych zdolności ewangeliści byli stronniczymi zwolennikami Jezusa i Jego nauki, a zagorzałymi przeciwnikami wszelkich innych przekonań. Inaczej mówiąc, byli jednocześnie entuzjastami i fanatykami. Z tego powodu ich świadectwo uznaje się za nierzetelne. Jest to bez wątpienia najsłabszy zarzut, uczyniony kiedykolwiek wobec wiarygodności narracji ewangelicznych. To, że autorzy Ewangelii nie byli ani fanatykami, ani bezkrytycznymi entuzjastami, wynika wyraźnie z samego tonu i stylu ich relacji. Język fanatyzmu i entuzjazmu jest napuszony, obelżywy i krytykancki z jednej strony, a pochlebny i czołobitny z drugiej. Entuzjasta nie zna ograniczeń w chwaleniu tych, których sprawy broni. Fanatyka nic nie powstrzymuje w jego oskarżeniach pod adresem tych, którym się sprzeciwia. Najbardziej zaś godną uwagi cechą charakterystyczną Nowego Testamentu jest duch cichego dostojeństwa i prostej szczerości, który przenika go całkowicie. Nigdzie nie ma najmniejszego śladu zgorzknienia lub urazy. Wszędzie znajdujemy entuzjazm w sensie zapału religijnego, lecz nigdzie w znaczeniu niezdrowego podniecenia lub nie przemyślanego wysuwania błahych zarzutów. Trzy, pełne wydarzeń, lata działalności Jezusa dawały wiele okazji do wyrażenia w pismach ewangelicznych złości i słownych napaści na wrogów. Zamordowanie Jana Chrzciciela dokonane przez Heroda, jego podstępne plany skierowane przeciwko Jezusowi, nieustanne śledzenie Mistrza przez szpiegów Sanhedrynu, ukrzyżowanie z rozkazu Poncjusza Piłata – czegóż więcej potrzeba, aby wprowadzić wściekłość do serca i aby krew zawrzała w żyłach? Nigdzie jednak nie znajdujemy najmniejszego przejawu gwałtownych uczuć czy niezrównoważonych emocji. Postać Piłata, zarysowana w Nowym Testamencie, jest najlepszą ilustracją uczciwości i wielkoduszności autorów Ewangelii. Filon i Józef opisują tego rzymskiego prokuratora jako mściwego, okrutnego i upartego człowieka. Jedyna łagodna wzmianka o Piłacie, która przetrwała ze starożytnego świata do naszych czasów, zawarta jest w pismach ludzi, którzy bardziej niż wszyscy inni byliby usprawiedliwieni, gdyby opisali go jako tchórza i nikczemnika. Zamiast ukazać go jako potwora, dzięki opisom powtarzanych przez niego prób uwolnienia Jezusa przedstawili go jako postać posiadającą sumienie i litość w sercu. Fanatycy i entuzjaści nie postąpiliby w ten sposób.

Brak uprzedzeń w sercach i umysłach ewangelistów uwidacznia się także przez fakt, że nie obawiali się oni zapisać swoich własnych śmiesznych słabostek i głupich błędów, i ogłosili je światu. Gotowość uczynienia tego jest jednym z najpewniejszych znamion prawdomównego umysłu. To przecież „deklaracja wbrew interesom”, mówiąc językiem prawniczym. Takim deklaracjom daje się wiarę, ponieważ powszechnie zaobserwowano, iż ludzie nie wymyślają opowiadań na swoją niekorzyść. „Gdy znajdujemy je u jakiegokolwiek autora – mówi prof. Fisher w swoim dziele Grounds of Theistic and Christian Belief – stanowi to silną przesłankę na korzyść jego prawdomówności w innych sprawach”. Wiele tekstów Nowego Testamentu stawia Jezusa i Apostołów w najbardziej niekorzystnym świetle wobec świata. Wyparcie się Mistrza przez Piotra i zdradzenie Go przez Judasza, ucieczka Jedenastu z Ogrodu Oliwnego w czasie aresztowania Jezusa, śmieszna próba Piotra chodzenia po wodzie i jego niepowodzenie z powodu braku wiary, częste dziecinne sprzeczki między uczniami o miejsce i pierwszeństwo w oczach Jezusa i w Jego królestwie, wysłanie posłańców przez Jana Chrzciciela do Jezusa, aby zapytać Go, czy On, Jezus, jest Mesjaszem – gdy już przedtem Jezus spotkał się z Janem Chrzcicielem i został przez niego ochrzczony, przekonanie rodziny Jezusa, że jest On szaleńcem i fakt, że Jego sąsiedzi z Nazaretu próbowali Go zabić przez strącenie z góry – te wszystkie fakty stanowiły pożywkę dla sceptycznego krytycyzmu w każdym wieku. Równie dobrze mogłyby one być opuszczone w historii ewangelicznej – i byłyby opuszczone, gdyby Ewangelie napisali ludzie nieprawdomówni.

Warto zaobserwować jeszcze, gdy chodzi o sprawę uprzedzeń, że sceptycy stosują inne reguły krytyki do literatury świętej niż do literatury świeckiej. Twierdzą oni zgodnie, że ewangeliści nie są godni zaufania, ponieważ ich pisma zapisują słowa i czyny ich własnego Pana i Mistrza. Twierdzą, że ta święta i bliska więź osobowa zmąciła osąd i zaślepiła ich, a przez to uniemożliwiła im opisanie w sposób prawdziwy faktów i okoliczności związanych z życiem i posługą twórcy ich wiary. Lecz ci sami krytycy nie stosują tych samych testów wiarygodności wobec pisarzy świeckich, którzy znajdowali się w podobnych sytuacjach. Komentarze Cezara oraz Anabaza Ksenofonta opisują wielkie czyny i wspaniałe osiągnięcia swoich autorów. Fakt ten nie podważa jednak ich rzetelności jako zapisów historycznych w ocenie tych, którzy twierdzą, że prawdomówność autorów Ewangelii powinna być odrzucona na podstawie ich uprzedzenia i stronniczości. Pamiętniki Ksenofonta Wspomnienia o Sokratesie to hołd ucznia pełnego uznania i podziwu dla mistrza. A jednak wszystkie uniwersytety na świecie korzystają z tego dzieła jako podręcznika do nauczania o życiu i stylu konwersacji wielkiego ateńskiego filozofa. Nikt nigdy nie twierdził, że intymna więź między Ksenofontem a Sokratesem wpłynęła na wiarygodność autora pamiętników. Najlepsza biografia w języku angielskim to Życie doktora Samuela Johnsona, książka napisana przez Boswella. Podziw Boswella dla doktora Johnsona był niemalże bałwochwalczy. W pewnych miejscach jego usłużne pochwały wobec wielkiego Anglika przybierają formę odrażających pochlebstw. Pomimo to dzieło jest monumentalnym wkładem do historii literatury. Encyclopaedia Britannica podaje, że: „Boswell napisał najlepszą biografię, jaką świat dotychczas widział”. Dlaczego nie odrzucono tej książki, skoro jej autor przejawiał niemalże psią służalczość wobec człowieka, którego życie opisywał? Jeżeli należy uznać za nierzetelne pisma św. Mateusza, św. Marka, św. Łukasza i św. Jana – na podstawie uprzedzeń – dlaczego nie zrobić tego samego z Cezarem, Ksenofontem i Boswellem? Pozwalam sobie zauważyć, że nie ma żadnej metodologicznej różnicy między testami wiarygodności, które należy stosować wobec pisarzy ksiąg świętych, a tymi, które należy stosować wobec autorów dzieł świeckich. Sprawiedliwa i słuszna krytyka będzie przestrzegała tych samych reguł w stosunku do obu grup twórców.

Jeżeli chodzi o drugą wspomnianą powyżej kwalifikację w ramach drugiego prawniczego testu wiarygodności przedstawionego przez Starkiego, to znaczy możliwość obserwowania faktów i okoliczności, o których składane jest świadectwo, można spokojnie powiedzieć, że większość ewangelistów posiadła tę zdolność w najwyższym stopniu. Najbardziej przekonującym świadectwem, które może być przedstawione podczas procesu sądowego, jest naoczne świadectwo kogoś, kto widział lub słyszał to, o czym świadczy. Można słusznie przyjąć, że wszyscy autorzy Ewangelii byli naocznymi świadkami większości wydarzeń opisanych przez nich w opowieściach ewangelicznych. Zarówno św. Mateusz, jak i św. Jan są tymi spośród Dwunastu, którzy nieustannie towarzyszyli Mistrzowi w Jego podróżach, słuchali Jego nauk, byli świadkami dokonanych przez Niego cudów i głosili Jego naukę, gdy odszedł. Bardzo prawdopodobne jest, że św. Marek był także naocznym świadkiem wydarzeń życia i posługi Zbawiciela. Powszechnie przyjmuje się obecnie, że autor drugiej Ewangelii był tym młodym człowiekiem, który zrzucił prześcieradło, którym był okryty i uciekł z Ogrodu Oliwnego w czasie aresztowania Jezusa. Skoro Marek był rzeczywiście obecny w środku nocy w ogrodzie Getsemani i próbował poprzez cienie drzew dostrzec, co się stanie z Nazarejczykiem, bardziej niż prawdopodobne jest, że był on także świadkiem wielu innych wydarzeń z życia i działalności wielkiego Nauczyciela. Niezależnie jednak od tego czy jest to prawda, czy nie, bardzo mocne oparcie znajduje twierdzenie, że druga Ewangelia została przekazana Markowi przez św. Piotra, który równie dobrze znał wszystkie czyny i słowa Jezusa jak Mateusz i Jan. Starożytni pisarze chrześcijańscy jednomyślnie świadczą, że Marek napisał przypisywaną mu Ewangelię pod dyktando Piotra. Jeżeli ich świadectwo jest prawdziwe, to rzeczywistym autorem drugiej Ewangelii jest Piotr. Według opinii sceptyka Renana, Ewangelia według św. Marka została napisana przez naocznego świadka: „W Ewangelii Marka fakty są relacjonowane z wyrazistością, której próżno szukalibyśmy wśród innych ewangelistów. Ma on upodobanie w podawaniu pewnych słów Jezusa w języku syro-chaldejskim. Tekst pełen jest dokładnych obserwacji, pochodzących bez wątpienia od naocznego świadka. Nic nie powstrzymuje nas od zgodzenia się z Papiaszem, że owym naocznym świadkiem, który szedł z Jezusem, kochał Go i obserwował z bliska, i który zachował wspaniały Jego obraz, był sam apostoł Piotr”. Ten sam autor stwierdza, że Mateusz był naocznym świadkiem opisywanych przez siebie wydarzeń: „W całości zgadzam się z autentycznością czterech Ewangelii kanonicznych. Według mojej opinii wszystkie one pochodzą z pierwszego wieku, a ich autorami są, mówiąc ogólnie, ci, którym są one przypisywane. Ich wartość historyczna jest jednak różna. Mateusz niewątpliwie zasługuje na nieograniczone zaufanie w sprawie nauk Jezusa. Są to owe Logia, szczegółowe notatki pochodzące z jasnej i żywej pamięci nauczania Jezusa”.

Z początkowych wersetów Ewangelii według św. Łukasza wynika, że był on naocznym świadkiem wielu spraw, które opisywał, i że inne wydarzenia znał z relacji naocznych świadków. Zwracając się do swego patrona Teofila, zapewnia go, że ci, którzy przekazali mu informacje zawarte w Ewangelii, byli naocznymi świadkami. Następnie Łukasz dodaje: „Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil (…)”. Oznacza to, że Łukasz, pragnąc udzielić pełnej informacji Teofilowi, uzupełnił swoją osobistą wiedzę dodatkowymi faktami uzyskanymi od naocznych świadków tych wydarzeń, których on sam nie widział, nie będąc jednym z Dwunastu.

Św. Jan posiadał szczególne kwalifikacje do zapisywania słów i czynów Chrystusa. Jest on nazwany „uczniem, którego Jezus miłował”. Przebywał ze Zbawicielem we wszystkich najważniejszych chwilach w najgłębszej bliskości i przyjaźni. Podczas Ostatniej Wieczerzy jego głowa spoczywała z zaufaniem i miłością na piersi Mistrza. Wraz z Piotrem i Jakubem był on świadkiem wskrzeszenia córki Jaira. Był także obecny na Górze Przemienienia oraz przy pojmaniu Zbawiciela w Ogrodzie Oliwnym. Jezus, wisząc na krzyżu, złożył na niego troskę o swoją Matkę. Wyprzedziwszy Piotra, Jan był pierwszym spośród Dwunastu, który przybył do pustego grobu. Dzięki znajomości z najwyższym kapłanem mógł on wejść do jego pałacu i być obecny na procesie Jezusa oraz sprowadzić tam Piotra, swojego przyjaciela.
Wyraźnie widać więc, że ewangeliści mieli doskonałą możliwość – z każdego punktu widzenia – aby prawdomównie i w rzetelny sposób zapisać wydarzenia przedstawione w narracjach ewangelicznych. Jako naoczni świadkowie z pewnością posiadali lepsze kwalifikacje do napisania prawdziwej historii wydarzeń, które miały wtedy miejsce, niż historycy i krytycy, żyjący wieki później.

Często twierdzi się jednak, że nawet jeżeli ewangeliści byli naocznymi świadkami głównych wydarzeń, które opisali, uczynili to tak długo po tych wydarzeniach, że zdążyli je już zapomnieć lub pomieszać je z różnymi tradycjami, które pojawiły się w międzyczasie. Może być nieco prawdy w tym twierdzeniu, ale nie tyle, aby zniszczyć wiarygodność świadków takich wydarzeń, jak ukrzyżowanie lub zmartwychwstanie Jezusa. Nie są to wydarzenia łatwe do zapomnienia czy pomieszania z innymi. Daty spisania poszczególnych Ewangelii nie są znane. A jednak prof. Holtzmann z Heidelbergu (o którym nie można powiedzieć, że był zwolennikiem chrześcijaństwa, ponieważ przez kilka lat był przywódcą wolnomyślicieli w Wielkim Księstwie Badenii) po wielu latach dokładnych badań nad tym problemem ogłosił, że Ewangelie synoptyczne (pierwsze trzy) zostały napisane między rokiem 60 a 80 po Chr. Tak więc miało to miejsce ok. trzydzieści do pięćdziesięciu lat po śmierci Jezusa. Czy ludzie o przeciętnej pamięci i inteligencji, którzy nieomal codziennie podczas tych trzydziestu do pięćdziesięciu lat nauczali o życiu i czynach Jezusa mogli je zapomnieć? W tym miejscu bardzo przydatna okazuje się opinia doktora Drummonda z Oxfordu, który powiedział: „Skoro przyjmujemy, że Ewangelie synoptyczne zostały napisane czterdzieści do sześćdziesięciu lat po okresie życia Chrystusa (a przecież były oparte na wcześniejszym materiale), to wiedzmy, że nawet po czterdziestu latach pamięć charakterystycznych powiedzeń może być doskonale wyraźna… Nie posiadam szczególnie dobrej pamięci, lecz potrafię sobie przypomnieć wiele słów wypowiedzianych czterdzieści, a nawet pięćdziesiąt lat temu, w niektórych zaś przypadkach mogę w żywy sposób odtworzyć sobie nawet całą scenę”.
Jeżeli ewangeliści byli naocznymi świadkami, a na to wyraźnie wskazują sporządzone przez nich opisy, jest to jeden z najsilniejszych argumentów przemawiających za ich wiarygodnością.

CZYTAJ DALEJ…

 

Dodatek 3 – cz. 2

  1. Po trzecie, istotne są liczba i zgodność ich świadectw.

Wiarygodność świadka wzrasta poważnie, jeżeli jego relacja jest poparta przez innego świadka, który zeznaje w tej samej sprawie. Im większa liczba świadków – przy wykluczeniu oszustwa i zmowy – tym większa wiarygodność potwierdzanego świadectwa. Lecz potwierdzenie to wymaga istnienia należytej i rozsądnej zgodności między tymi świadectwami. Poważna niezgodność w jakiejś istotnej sprawie nie tylko wzmaga niewiarygodność jednego świadka czy obu, lecz niszczy ją.

Najgorętszy ogień sceptycznej krytyki w ciągu wieków koncentrował się na tzw. sprzecznościach w narracjach ewangelicznych.

Wielu znawców problemu zgadza się, że sprzeczności i niezgodności mogą powstać bez jakiejkolwiek intencji błędnego przedstawienia faktów. Mogą one zostać wywołane nagłą zmianą pozycji jednej lub drugiej strony, powodującą rozproszenie uwagi w czasie, w którym miały miejsce badane wydarzenia, oraz wieloma innymi czynnikami. Uznanie tego faktu bardzo pomoże w jasnym rozumieniu tej fazy naszych rozważań.

Zbadanie zarzutu niezgodności postawionego autorom Ewangelii pokazuje, że krytycy i sceptycy zaklasyfikowali jako sprzeczności jedynie opuszczenia. Nic nie może być bardziej absurdalne, niż uznanie opuszczenia za sprzeczność, chyba że opuszczone fakty i okoliczności były istotne dla całości zagadnienia albo że zostały w oczywisty sposób zamierzone w celu wprowadzenia w błąd lub zwiedzenia. Każde inne podejście obciążyłoby całą literaturę historyczną zarzutem sprzeczności i narobiłoby w niej bałaganu. Panowanie Tyberiusza zostało szeroko opisane przez Kasjusza Diona, Tacyta i Swetoniusza. Każdy z nich wspomina o wielu wydarzeniach, o których nie wspominają pozostali dwaj. Czy mamy odrzucić wszystkich trzech jako nierzetelnych historyków z powodu tego faktu? Biografie Napoleona Bonaparte zostały napisane przez Abbotta, Hazlitta, Bouriena i Waltera Scotta. Żaden z nich nie powtarza wszystkich faktów podanych przez innych. Czy te opuszczenia mają zniszczyć zasługi wszystkich tych pisarzy i sprawić, że będziemy uważać ich za podejrzanych i niewiarygodnych? W historii literatury angielskiej wysoko cenione są kroniki Graftona. Obejmują one panowanie króla Jana bez Ziemi, a jednak nie wspominają nic o nadaniu Wielkiej Karty Swobód. To tak, jak gdyby życie Jeffersona zostało opisane bez wzmianki o Deklaracji Niepodległości albo biografia Lincolna bez zwrócenia uwagi na Proklamację Wyzwolenia. Pomimo tego dziwnego opuszczenia Anglicy uważają kroniki Graftona za wartościowe źródła archiwalne. Taki sam duch pobłażliwej krytyki jest okazywany wobec innych dzieł literatury świeckiej. Przeciwnicy chrześcijaństwa nigdy nie kłopoczą się tłumaczeniem czy wyjaśnianiem opuszczeń jako sprzeczności, zwłaszcza gdy autorem jest człowiek świecki piszący na tematy świeckie. Lecz jeżeli temat jest święty, a autor jest członkiem Kościoła – np. kaznodzieją, księdzem czy prorokiem – natychmiast niedowierzanie się wzmaga, pochłania rozsądek i niszczy wszelką obiektywną krytykę. Gdyby na chwilę zapomniano, że św. Mateusz, św. Marek, św. Łukasz i św. Jan byli biografami Chrystusa, nie zwracano by uwagi na niezgodności ich opisów, nie podnoszono by żadnych zarzutów w sprawie ich wiarygodności. Niewielkie niezgodności, które niewątpliwie istnieją, przeszłyby nie zauważone lub zostałyby na zawsze pogrzebane pod ciężarem przekonania, że opisy te są w swej zasadniczej części rzetelne i prawdziwe.

Sceptycy mówią jednak, że ewangeliści byli prowadzeni przez natchnienie, które powinno wykluczyć wszelkie niezgodności. Bóg nie natchnąłby ich do zapisania wzajemnie sprzecznych historii. Tymczasem przesłanka, że twierdzili oni, iż są prowadzeni przez natchnienie, jest fałszywa. Jak słusznie zauważył Marcus Dods: „Żadna z naszych Ewangelii nie podaje się za nieomylną ani nawet za natchnioną. Tylko jeden z ewangelistów mówi nam, w jaki sposób uzyskał swoje informacje, a sposobem tym było dokładne badanie odpowiednich źródeł”.

Czy ewangeliści byli natchnieni, czy też nie, to nie ma znaczenia, jeśli chodzi o cel tego rozdziału. Reguły badania wiarygodności materiału dowodowego są takie same w obu przypadkach.

Nikt nie dokonał odpowiedniejszej obserwacji na temat niezgodności w Ewangeliach niż Paley w swojej książce Evidences of Christianity, w której pisze: „Nie znam bardziej nie przemyślanej i nienaukowej postawy, niż odrzucanie treści jakiejś historii z powodu różnicy w przedstawianych w związku z nią okolicznościach. Zazwyczaj ludzkie świadectwo ma charakter substancjalnej prawdy pod okolicznościową różnorodnością. Tego naucza codzienne doświadczenie procesów sądowych. Opisy przebiegu jakiegoś wydarzenia pochodzące z ust różnych świadków z reguły charakteryzują się możliwymi do wykazania – pozornymi lub rzeczywistymi – niezgodnościami. Te niezgodności są pracowicie wychwytywane przez stronę przeciwną, ale zazwyczaj nie wywołują większego wrażenia na sędziach. Wprost przeciwnie, dokładna i szczegółowa zgodność wzbudza podejrzenie o zmowę i oszustwo. Gdy spisywane historie dotyczą tego samego wydarzenia, porównanie ich prawie zawsze dostarcza podstaw dla podobnej refleksji. Pojawiają się liczne, czasem istotne różnice. Nierzadko można znaleźć także oczywiste i poważne sprzeczności. Ani te różnice, ani sprzeczności nie są jednak wystarczające, aby powątpiewać w wiarygodność głównego faktu. Poselstwo Żydów, mające sprzeciwić się umieszczeniu z rozkazu Klaudiusza jego posągu w świątyni jerozolimskiej, Filon umieszcza w okresie żniw, a Józef w okresie siewów – przy czym obaj są pisarzami współczesnymi w stosunku do opisywanych wydarzeń. Ta sprzeczność nie prowadzi żadnego czytelnika do powątpiewania w fakt wysłania takiego poselstwa lub wydania takiego rozkazu. Nasza własna historia dostarcza przykładów tego samego rodzaju. Godną uwagi sprzeczność znajdujemy w opisie śmierci Marquisa z Argyll podczas panowania Karola II. Lord Clarendon donosi, że został on skazany na powieszenie i że wyrok wykonano tego samego dnia. Z drugiej strony Burnet, Woodrow, Heath, Echard stwierdzają coś odmiennego, a mianowicie, że został on skazany w sobotę, a wyrok wykonano w poniedziałek. Czy jakikolwiek badacz historii angielskiej był kiedyś na tyle sceptyczny, aby wobec tych relacji postawić pytanie, czy egzekucja Marquisa z Argyll została wykonana, czy też nie? Gdyby oprzeć się na zasadach, według których jest czasami atakowana historia chrześcijaństwa, odpowiedź na to pytanie powinna pozostać w sferze niepewności.”

Czytelnik powinien starannie rozważyć potwierdzający wpływ nieznacznych niezgodności opisów Ewangelii na sprawę wiarygodności ewangelistów. Pewna grupa ludzi wyobraża sobie, że autorzy Ewangelii byli zwykłymi konspiratorami, którzy spotkali się w pewnym czasie i miejscu, aby wymyślić sposoby przedstawienia światu fałszywego raportu. Jest to niemądre założenie, ponieważ wiemy, że Ewangelie zostały zredagowane i napisane w różnych czasach i miejscach. Co więcej, sam styl i treść tych ksiąg wyklucza podejrzenie o umowę w celu oszustwa. Poza tym, właśnie owe niezgodności wskazują, że nie było żadnej „zmowy i oszustwa”, ponieważ inteligentni konspiratorzy sfabrykowaliby dokładnie taką samą historię i opowiedzieli ją takim samym językiem.

Sprawiedliwa i bezstronna krytyka weźmie pod uwagę w historiach Nowego Testamentu elementy nie tylko niezgodne, lecz także potwierdzające się wzajemnie. Nie należy zapominać, że autorzy Ewangelii byli niezależnymi od siebie historykami, którzy pisali w różnych czasach i miejscach. Tak więc o wszystkich istotnych sprawach, w których istnieje między nimi powszechna zgoda, można powiedzieć, że w pełni potwierdzają się nawzajem. Można także stwierdzić bez najmniejszej obawy, że przy obiektywnym spojrzeniu nietrudno znaleźć dla każdego przypadku niezgodności kilka przypadków całkowitej zbieżności.
Elementy wzajemnego potwierdzania się w narracjach Ewangelii mogą być uporządkowane według trzech kategorii:

  1. Przypadki, w których pewne wydarzenia historyczne, opisywane przez jednego z ewangelistów, są także przedstawiane przez jednego (lub więcej) z pozostałych. To są przypadki zwyczajnego potwierdzania się.
  1. Przypadki, w których przedstawienie pewnego faktu przez jednego z ewangelistów byłoby niejasne lub bezsensowne bez wyjaśnienia lub uzupełnienia go przez innego. Można uważać to za przykłady potwierdzenia wewnętrznego.
  1. Przypadki, w których fakt stwierdzony przez jednego z ewangelistów musi być prawdziwy z natury rzeczy, niezależnie od tego, co piszą inni. To jest zwykłe potwierdzenie „zdroworozsądkowe”.

Kilka przykładów pomoże w zrozumieniu tego uporządkowania.

W pierwszym punkcie – „zwyczajnego potwierdzenia” – można wymienić opis cudu nakarmienia pięciu tysięcy ludzi. Wszyscy ewangeliści mówią nam o tym wydarzeniu i każdy zapisuje fakt, że zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków.

W drugim punkcie – „potwierdzenia wewnętrznego” – można przedstawić następujące przykłady:
Mt 26,67-68: „Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go i szydzili: >Prorokuj nam, Mesjaszu, kto cię uderzył?<„.
Czepiający się wszystkiego krytyk mógłby zapytać: „Dlaczego żądali oni od Chrystusa, aby prorokował wobec nich?” Niejasność ta byłaby trudna do wyjaśnienia, gdyby nie dodatkowe zdanie w Ewangelii św. Łukasza, który opisuje to samo wydarzenie. „Zasłaniali Mu oczy i pytali: >Prorokuj, kto Cię uderzył<” (Łk 22,64). Podany przez Łukasza fakt, że Jezus miał zasłonięte oczy, wyjaśnia, dlaczego Mateusz posłużył się słowem „prorokuj”, które inaczej byłoby absurdalne.
J 6,5: „Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: >Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?<„. To jest jedno z dwóch miejsc w Ewangelii, w których Jezus zwraca się do tego Apostoła. Dlaczego jednak zwrócił się właśnie do Filipa, a nie do kogoś innego? Dwa inne teksty, jeden z Ewangelii wg św. Jana, a drugi z Ewangelii wg św. Łukasza, podają wyjaśnienie. W J 1,44 czytamy, że „Filip pochodził z Betsaidy”. W Łk 9,10 dowiadujemy się, że cud nakarmienia pięciu tysięcy ludzi miał miejsce na pustyni, niedaleko miasta Betsaida. Jasny więc staje się powód, dla którego Jezus zwrócił się do Filipa, a nie do któregoś innego Apostoła. Betsaida była rodzinnym miastem Filipa, dlatego więc w naturalny sposób on lepiej niż inni mógł orientować się co do miejsca, w którym można było kupić chleb. W 6 rozdziale Ewangelii wg św. Jana, gdzie zadane jest to pytanie, ani miejsce nakarmienia tłumów, ani Apostoł, do którego jest ono skierowane, nie mają żadnego powiązania z miastem Betsaidą. W Łk 9,12-14 opis tego cudu nic nie mówi o Filipie ani o pytaniu mu postawionym. Lecz gdy połączy się te teksty, wyjaśnienie jest całkowite.
J 18,10: „Wówczas Szymon Piotr, mając przy sobie miecz, dobył go, uderzył sługę arcykapłana i odciął mu prawe ucho. A słudze było na imię Malchos”. Stawiano zarzut, że nigdzie nie ma opisu aresztowania Piotra albo wymierzenia mu kary za ten zamach i opór wobec uzbrojonej władzy. Wnioskowano z tego, że takie wydarzenie nie miało miejsca. Tekst z Ewangelii wg św. Łukasza wyjaśnia jednak, dlaczego nie dokonało się aresztowanie: „Lecz Jezus odpowiedział: >Przestańcie, dosyć!<. I dotknąwszy ucha, uzdrowił go” (Łk 22,51). Uzdrowienie ucha wyjaśnia, dlaczego nie dokonano aresztowania; gdyby bowiem wniesiono zarzut, nie byłoby żadnego dowodu tego przestępstwa. Co więcej, świadkowie zeznający przeciwko Piotrowi byliby całkowicie zmieszani i upokorzeni rezultatami tego cudu i mogliby zostać wyrzuceni z sądu jako złośliwi oskarżyciele. Tak więc brak aresztowania jest milczącym potwierdzeniem informacji, że takie wydarzenie miało miejsce i że został dokonany cud.

W trzeciej kategorii – potwierdzenia „zdroworozsądkowego” – wystarczy jeden przykład.
J 20,4: „(…) drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu”. Tym „drugim uczniem” był św. Jan, co do którego panuje powszechna zgoda, iż był najmłodszym z Apostołów. Jak możemy natomiast wnioskować z J 21,18, św. Piotr miał już za sobą wiosnę życia. Cóż więc bardziej naturalnego niż to, że młodszy mężczyzna wyprzedził starszego i dotarł pierwszy do grobu? Następnie, jako młodszy, poczekał na przybycie starszego, zanim rozpoczął badanie opuszczonego grobu. Jakiego lepszego dowodu młodzieńczego szacunku i skromności moglibyśmy oczekiwać niż ta postawa (która to właśnie sprawiła, że Jan był droższy Jezusowi niż inni)?

Można by mnożyć wiele przykładów podobnych do tego, ponieważ historie ewangeliczne są nimi wypełnione. Przedstawione jednak powyżej przykłady wystarczają całkowicie do zilustrowania teorii wzajemnego potwierdzania się Ewangelii. Przypadki wewnętrznego potwierdzania się narracji Nowego Testamentu są szczególnie przekonujące. Są to argumenty i dowody mające naturę nie zamierzonych zbieżności, które wykluczają wszelką możliwość zmowy lub oszustwa. W większości przypadków przedstawiają one wyizolowaną myśl potwierdzającą się wzajemnie z innymi, wyrażonymi gdzieś indziej. Choć pozornie nieistotne, niezależne od siebie i fragmentaryczne, gdy zostaną zebrane i połączone, działają z siłą niemożliwą do odparcia, podobnie jak cząsteczki dynamitu.

Raz jeszcze uwagę naszą zwraca fakt, że niezgodności zaprzeczają całkowicie poglądowi, iż autorzy Ewangelii byli w zmowie, mając na celu zwiedzenie ludzkości przez przedstawienie światu fałszywej historii. Nic nie mogłoby być bardziej absurdalne niż stwierdzenie, że ludzie zmawiający się, aby rozpowszechnić oszustwo, zaniedbaliby fundamentalną zasadę leżącą u podstaw wszelkiej skutecznej konspiracji. Zasadą tą jest stworzenie i zachowanie, przy układaniu planów służących realizacji ich wspólnego zamiaru, zgodności między słowami i czynami. Jeżeli więc nie było uprzedniej zmowy, fakt, że czterech ludzi piszących w różnym czasie i w różnych miejscach zgadza się ze sobą, przedstawiając treściowo tę samą historię, jest jednym z najsilniejszych dowodów wiarygodności tych autorów i prawdziwości ich narracji. W tym miejscu można zacytować świadectwo pewnego wielkiego pisarza: „Jeżeli nie miała miejsca uprzednia zmowa, w kilku zgodnych świadectwach zawarte jest prawdopodobieństwo większe niż to, które byłoby sumą prawdopodobieństw, będących rezultatami zeznań poszczególnych świadków; prawdopodobieństwo, które pozostaje w mocy, nawet gdyby charakter tych świadków wskazywał, że nie zasługują w ogóle na wiarę. To prawdopodobieństwo powstaje z samej zgodności. Szansa, ażeby taka zgodność powstała przypadkowo, jest jak jeden do nieskończoności, tzn., mówiąc innymi słowy, nie ma takiej szansy. Jeżeli więc wykluczyć zmowę, nie pozostaje nic innego, jak prawdziwość faktu”.
Po zastosowaniu teorii prawdopodobieństwa – w sytuacji, w której nie było żadnej uprzedniej zmowy – do ewangelistów, jesteśmy przekonani, że byli oni prawdomówni i że podane przez nich historie są prawdziwe.

  1.  Rozważmy teraz zgodność świadectwa ewangelistów z ludzkim doświadczeniem. Jest to czwarty test prawniczy wiarygodności świadka przedstawiony przez Starkiego.

Zgodność świadectwa z doświadczeniem jest jednym z najskuteczniejszych i najpowszechniej używanych testów wiarygodności świadka. Warto dodać, że jego stosowanie nie jest ograniczone do przewodów sądowych i do procesów prawniczych. Skuteczne korzystanie z tego testu nie wymaga żadnych zawodowych kwalifikacji w dziedzinie prawa. Kowal i cieśla w równym stopniu jak sędzia użytkują go w każdym procesie myślowym, w którym stwierdzenia innych są poddawane analizie i badaniu. Jeżeli przedstawiona zostaje jakaś nowa teoria, której prawdziwość jest kwestionowana, stosuje się od razu test zgodności z doświadczeniem. Jeżeli teoria ta nie jest zgodna z tym, co widzimy, słyszymy i czujemy, zazwyczaj odrzucamy ją albo przynajmniej w nią wątpimy. Gdyby jakiś badacz powrócił z regionów arktycznych i powiedział nam, że widział pomarańcze – takie, jakie importujemy z Florydy – rosnące na drzewach niedaleko bieguna północnego, nie uwierzylibyśmy mu. Nie dalibyśmy także wiary twierdzeniom podróżnika z Ameryki Południowej, który mówiłby, że widział niedźwiedzie polarne żyjące na brzegach Amazonki. Te informacje byłyby całkowicie niezgodne z tym, co wiemy na temat istotnych warunków uprawy pomarańczy, i z powszechnie znanymi zwyczajami i upodobaniami klimatycznymi niedźwiedzia polarnego. Dokument z lat życia Washingtona i rewolucji amerykańskiej, zawierający wzmianki o autostradach, telegrafach, telefonach i żarówkach elektrycznych byłby od razu uznany za fałszywy, ponieważ zarówno nasze własne doświadczenia, jak i fakty historyczne mówią nam, że nie było takich rzeczy w czasach Washingtona i rewolucji amerykańskiej. To są przykładowe ilustracje zastosowania testu zgodności z doświadczeniem w umysłowym procesie oceniania i przesiewania świadectwa innych ludzi.
W stosunku do wiarygodności autorów Ewangelii nie przedstawiono żadnego poważnego zastrzeżenia wynikającego z testu zgodności podawanych przez nich informacji z doświadczeniem. Powszechnie jest przyjmowane, nawet przez sceptyków, że fakty podane w Nowym Testamencie mogły się wydarzyć w normalnym biegu natury i w zgodzie z ludzkim doświadczeniem – z wyjątkiem sytuacji, w których opisywane są cuda.
Kilku sceptyków ogłosiło, że cud jest niemożliwością i że ewangeliści, pisząc swoje relacje o cudownych czynach Jezusa, albo zwodzili innych, albo sami byli zwiedzeni. Tak więc, skoro albo byli zwiedzeni, albo zwodzili innych, nie są godni wiary. Spinoza, wielki przeciwnik cudów, który twierdził, że są one niemożliwe, napisał: „Cud – czy to przeciwny naturze, czy przekraczający naturę – jest czystym absurdem. Nic nie wydarza się w naturze, co nie pochodzi z jej praw; prawa te rozszerzają się na wszystko, co pojawia się w umyśle Bożym i w końcu natura toczy się w ustalony i niezmienny sposób – z tego wynika, że słowo >cud< może być rozumiane jedynie w relacji do opinii ludzi i nie oznacza nigdy nic innego niż wydarzenie i zjawisko, którego przyczyna nie może być wyjaśniona przez inny podobny przypadek… Mógłbym więc powiedzieć, że cudem jest to, czego przyczyna nie może być wyjaśniona przez nasze rozumowanie oparte na znanych zasadach tego, co naturalne”.
Radykalny sprzeciw Spinozy wobec wiary w cuda, które są opisane w Nowym Testamencie, był nieuniknionym rezultatem jego szczególnej filozofii. Spinoza był panteistą i utożsamiał Boga z naturą. Nie wierzył w Boga osobowego, oddzielonego od natury i wyższego od niej. Odrzucał koncepcję duchowego królestwa posiadającego duchowego władcę, któremu ziemia i natura są poddane i posłuszne. Tak więc każdy przejaw mocy, którego nie mógł utożsamić z naturalną siłą, uznawał za nierealny, a nawet za zwodniczy i oszukańczy; nie mógł bowiem wyobrazić sobie niczego wyższego od natury, co mogłoby stworzyć to zjawisko. Tak więc jego sprzeciw wobec cudów nie był w rzeczywistości niczym więcej niż zaprzeczeniem istnienia osobowego Boga, który na początku swym słowem powołał ziemię do istnienia i który od tamtej chwili czujnym ojcowskim okiem śledzi jej ruchy i rządzi jej przeznaczeniem.
Problem cudów jest w rzeczywistości sprawą wiary, a nie nauki. Niemożliwe jest zarówno potwierdzenie, jak i zanegowanie cudu przez demonstrację przyrodniczą. Innymi słowy, niemożliwe jest analizowanie cudu z punktu widzenia chemii czy fizyki. Fakt cudu może być jednak udowodniony przez zwykłe ludzkie świadectwo, tak jak może być przez nie udowodnione każde inne wydarzenie. Możemy świadczyć o jakimś fakcie nawet wtedy, gdy nie potrafimy go zrozumieć ani przedstawić jego przyczyny.

Ci, którzy wierzą, że w świecie istnieją oddzielne siły duchowe i fizyczne, że istnieje wszechwiedząca i wszechmogąca Istota Duchowa, która sama swoją wolą może stworzyć planetę albo zniszczyć materię w celu zrealizowania swego zamiaru, ci z łatwością uwierzą w działanie mocy sprawiającej cuda. Ci, którzy wierzą w biblijny opis stworzenia, w to, że Bóg powiedział na początku: „Niechaj się stanie światłość” – i stała się światłość – nie będą mieli żadnej trudności z uwierzeniem, że Jezus zamienił wodę w wino albo sprawił, że chromy człowiek zaczął chodzić. Jeżeli był On tym samym Bogiem, „objawionym w ciele”, który przy poranku stworzenia swoim słowem powołał coś z niczego, z pewnością mógł przywrócić życie Łazarzowi i wzrok ślepemu Bartymeuszowi.

Problem filozofii Spinozy leży w tym, że jego własna najwyższa kapłanka – natura – wydaje się nieustannie działać cuda według jego własnej definicji – i to właśnie cuda, które bardzo przypominają te, o których mówi się, że zostały dokonane przez Chrystusa. Mleko jest wprowadzane do żołądka, poddawane różnym procesom rozkładu i potem wprowadzane do krwi, aż w końcu staje się ciałem i kośćmi. Ostateczny krok tego procesu transformacji jest nieznany i być może niemożliwy do poznania przez naukowców. Nowy Testament nie przedstawia żadnej głębszej tajemnicy. Przemiana wody w wino nie jest niczym dziwniejszym, niczym bardziej niezrozumiałym, niż przemiana mleka w ciało i kości. Ktoś może twierdzić, że w jednym z tych procesów składniki chemiczne pozostają te same, podczas gdy w drugim różnią się. Niemniej rezultaty obu tych procesów pasują doskonale do definicji Spinozy, że „cudem jest to, czego przyczyna nie może być wyjaśniona przez nasze rozumowanie oparte na znanych zasadach tego, co naturalne”.

Można zgodnie z prawdą stwierdzić, że natura zawsze i wszędzie działa cuda zgodne z cudami dokonywanymi przez siły duchowe wszechświata i paralelne wobec nich. Wszechpotężnym cudem Boga jest przemiana człowieka z istoty cielesnej i grzesznej w ducha, dzięki czemu człowiek może opuścić tę ziemię dla życia w niebie. Natura na swój nieudolny sposób próbuje naśladować ten cud, przekształcając gąsienicę w motyla, sprawiając, że może opuścić gnojowisko dla życia wśród kwiatów.

Spinoza twierdzi, że cuda są niemożliwe, ponieważ „natura rozwija się w sposób ustalony i niezmienny”. Lecz czy to jest rzeczywiście prawdziwe? Czy prawa natury są niezmiennie takie same? Czy sama natura nie wydaje się czasem zmęczona jednostajnością i nie postanawia wznieść się ku wolności przez stworzenie czegoś, co nazywamy cudem albo inaczej „wybrykiem natury”? Działając w zakresie tego, co Spinozie spodobało się nazwać „ustalonym i niezmiennym biegiem rzeczy”, natura zazwyczaj daje kurczakom dwie nogi, a wężowi jedną głowę. Zdarzają się jednak kurczaki, które mają trzy nogi i węże, które mają dwie głowy. Czy natura działała swym ustalonym i niezmiennym biegiem, gdy je stwarzała? Czy Spinoza mógłby wyjaśnić to zjawisko przez swoje „naturalne rozumowanie oparte na znanych zasadach tego, co naturalne”? Czy zadowoliłby się nazwaniem ich naturalnymi „przypadkami” czy „wybrykami natury”? Tak czy owak, według jego definicji są to cuda i cały ten temat musi być omówiony w powiązaniu z jakąś normą czy definicją cudu. Jeżeli natura czasami zmienia swoje własne prawa i stwarza to, co nazywamy „wybrykami”, to dlaczego nierozsądne miałoby być założenie, że wielki Bóg, który stworzył naturę, mógłby czasami zawieszać prawa, które stworzył dla rządzenia wszechświatem, albo nawet – przy dokonywaniu tych zjawisk, które my nazywamy cudami – zrezygnować z nich dla pewnych celów?

Inni sceptycy – jak Renan – nie zaprzeczają możliwości cudów, lecz zadowalają się jedynie stwierdzeniem, że nie ma wystarczającego dowodu, iż takowe miały kiedyś miejsce. W ten sposób odrzucają świadectwa Apostołów. Renan powiedział: „Tak więc nie w imię tej czy innej filozofii, lecz w imię powszechnego doświadczenia wyrzucamy cuda z historii. Mówimy, że do chwili obecnej żaden cud nie został udowodniony”. Breton, biograf i filozof, przedstawił nam swoje testy, które powinny być przeprowadzone, aby udowodnić, iż dokonany został cud. Napisał on: „Co należy zrobić, jeżeli jutro pojawi się jakiś cudotwórca, który będzie miał wystarczające referencje, aby z nim rozmawiać, i ogłosi, że jest w stanie, powiedzmy, wskrzeszać martwych? Należałoby powołać komisję złożoną z fizjologów, fizyków, chemików i innych naukowców. Ta komisja dokonałaby wyboru ciała, upewniłaby się, że śmierć jest rzeczywista, wybrała pokój, w którym miałby zostać dokonany eksperyment, zorganizowałaby cały system środków ostrożności, tak aby nie powstały żadne wątpliwości. Gdyby w takich warunkach dokonano wskrzeszenia, osiągnięte zostałoby prawdopodobieńswo niemalże równe pewności. Zawsze jednak musiałoby być możliwe powtarzanie eksperymentu – ponownie wykonywanie tego, co raz zostało zrobione; dokonanie cudu nie mogłoby napotykać żadnych trudności… Cudotwórca musiałby powtarzać swój cudowny akt w innych okolicznościach, w innych miejscach i na innych ciałach. Gdyby cud wydarzał się za każdym razem, udowodnione zostałyby dwie rzeczy: po pierwsze, że w tym świecie zdarzają się nadprzyrodzone wydarzenia; po drugie, że moc dokonywania cudów należy do pewnych osób lub została im udzielona. Któż jednak zaprzeczy, że żaden cud nigdy nie miał miejsca w takich okolicznościach? Dotychczas zawsze cudotwórca wybierał przedmiot eksperymentu, wybierał miejsce i publiczność”.
Jest to wyjątek ze sławnego Życia Jezusa Renana, którego zamiarem jest podważenie opisów Ewangelii dotyczących cudów Chrystusa. Nie będzie przesadą powiedzenie, że ten wielki sceptyk nie wykazał się w tym przypadku swą zwykłą szczerością w dyskusji. W pośredni sposób porównał Jezusa do cudotwórcy i na zakończenie stwierdził, że przy dokonywaniu swoich cudów wybierał On „przedmiot eksperymentu, wybierał miejsce i publiczność”. Każdy badacz Nowego Testamentu wie, że fakty i okoliczności dotyczące dokonywania cudów przez Chrystusa są inne. Prawdą jest, że wulgarna ciekawość i czepiająca się wszystkiego niewiara nie zostały usatysfakcjonowane obecnością specjalnie wybranych „fizjologów, fizyków i chemików”. Równie prawdziwe jest jednak to, że nikt nie zabraniał obecności takim ludziom; nie miała miejsca żadna próba ukrywania się czy tajemniczości. Nigdy nie były też wybierane przedmioty eksperymentu, jakieś szczególne miejsca czy specjalna publiczność. Cuda Nowego Testamentu dokonywały się zazwyczaj pod gołym niebem, na ulicy czy przy drodze, na zboczu góry, w obecności wielu ludzi – zarówno przyjaciół, jak i wrogów Jezusa. Nie było żadnych ogłoszeń czy poszukiwania „przedmiotów eksperymentu”. Jezus – daleki od wybierania przedmiotu cudu, miejsca i publiczności – przejawiał swoją cudowną moc wobec tych, którzy przychodzili do Niego sami, ponieważ cierpieli z powodu jakiejś strasznej choroby i prosili o uzdrowienie. W niektórych przypadkach choroba trwała bardzo długo i była dobrze znana w otoczeniu chorego. Uzdrowienie dokonywało się publicznie i było poświadczone przez wielu ludzi.
Renan proponuje, aby przed uwierzeniem w pełni owemu cudotwórcy wspomnianemu w jego przykładzie wymagać od niego powtarzania aktu wskrzeszenia z martwych. To przywodzi nam na myśl fakt, iż Jezus dokonywał wielu cudów. W narracjach ewangelicznych opisano ich ponad czterdzieści; w wersecie kończącym Ewangelię wg św. Jana istnieje wyraźne stwierdzenie, iż Jezus dokonał wielu cudów, które nie zostały nigdy zapisane. Te, które spisano, zostały uznane z całym szacunkiem za w zupełności wystarczające do udowodnienia Jego cudownej mocy.

Jakąkolwiek formę przyjmie niewiara w swoim sprzeciwie wobec zjawiska cudu, centralnym jej punktem będzie zawsze twierdzenie, iż takie rzeczy nie zostały potwierdzone doświadczalnie. Z tego wyprowadza się wniosek mówiący, że autorzy Ewangelii nie podołali testowi wiarygodności, ponieważ świadomie przedstawiali wydarzenia, które nie mogły mieć miejsca. Nie trzeba pomniejszać wartości tego konkretnego testu, należy jednak stwierdzić, że nic nie jest bardziej zwodnicze od tego, co nie jest właściwie określone i ograniczone. Należy pamiętać, że doświadczenie jednego człowieka, jednego narodu czy jednego pokolenia nie musi być identyczne z doświadczeniem innego człowieka, narodu czy pokolenia. Szczegółowy proces techniczny zastosowany przez Egipcjan w budowaniu piramid jest w takim samym stopniu tajemnicą dla współczesnych naukowców jak zasady działania radia dla tubylców z Nowej Gwinei. Kultury Wschodu i Zachodu prezentują wobec siebie zbliżone nieraz do cudów formy różnorodności w sposobie bycia, nawykach, zwyczajach, stylach myślenia i życia. Francuz będzie mówił: „Jestem najlepszym farbiarzem w Europie, nikt nie może mi dorównać i nikt nie może przewyższyć Lyonu”. A jednak w Kaszmirze, gdzie dziewczęta wykonują szale o wartości kilkudziesięciu tysięcy dolarów, pokażą mu trzysta różnych kolorów, których nie tylko nie będzie mógł wykonać, lecz nawet rozróżnić. Walter Scott w swoich Opowieściach krzyżowców przejmująco opisuje spotkanie między Turkiem Saladynem a Anglikiem Ryszardem Lwie Serce. Saladyn poprosił Ryszarda, aby pokazał mu swoją przedziwną siłę. Normandzki monarcha podniósł z podłogi żelazną sztabę i złamał ją. Muzułmanin był zdumiony. Następnie Ryszard zapytał, co on potrafi zrobić. Saladyn odparł, że nie potrafi łamać żelaza, lecz może zrobić coś równie cudownego. Następnie zdjął z sofy puchową poduszkę i przeciągnął po niej ostrzem swej damasceńskiej szabli, która rozcięła poduszkę na dwie części. Ryszard wykrzyknął w zdumieniu: „To jest czarna magia, to jakaś sztuczka szatańska; nie można przeciąć tego, co nie stawia oporu”. Tutaj siła Zachodu i magia Wschodu spotkały się i dokonały w swojej obecności rzeczy, które wydawały się cudami. W swoim wielkim wykładzie pt. Zagubione sztuki Wendell Philips opowiada, jak kiedyś George Thompson powiedział mu, że widział w Kalkucie pewnego człowieka, który rzucał w powietrze surowy jedwab, a jakiś Hindus ciął go na kawałki swoim pałaszem. Szermierz z Zachodu nie potrafił tego zrobić.
Ludzie sprzeciwiający się cudom często pytają, dlaczego nie dokonują się one dzisiaj, dlaczego nigdy ich nie widzimy. Można by na to odpowiedzieć, że według definicji Spinozy cuda dokonywane są dzisiaj nie tylko przez naturę, lecz także przez człowieka. Czy Edison byłby nazywany „magikiem” i „czarodziejem”, jeśliby ludzie nie wierzyli w jego wynalazki? Lecz czy twierdzenie, że nie widzimy dzisiaj cudów podobnych do tych, których dokonywał Jezus, jest jakimkolwiek argumentem przeciwko ich prawdziwości? Czyż w przeszłości nie działy się rzeczy, które nigdy się nie powtórzą? Wspominaliśmy już o piramidach egipskich i o zaginionej sztuce ich wznoszenia. Dalszym przykładem może być pochodzenie człowieka. Prawdziwa jest niewątpliwie jedna z dwóch teorii: albo pierwszy mężczyzna i pierwsza kobieta przyszli na ten świat nie rodząc się, albo mężczyzna i kobieta są wytworem ewolucji, pochodząc od niższych gatunków zwierzęcych. Żadne inne teorie nie zostały przedstawione. Otóż pewne jest, że współczesne pokolenia nie doświadczyły żadnej z tych rzeczy, ponieważ wszystkie istoty ludzkie żyjące dzisiaj bez wątpienia narodziły się z innych istot ludzkich i pewne jest także, że proces ewolucji zatrzymał się dawno temu, ponieważ ludzie byli tak samo doskonali fizycznie i umysłowo cztery tysiące lat temu, jak są dzisiaj. Innymi słowy, procesy, które doprowadziły do powstania człowieka, należą do przeszłości, ponieważ nie doświadczamy dzisiaj ani ogrodu Eden, ani nie dokonuje się żadna powszechna metamorfoza małp. Tak więc twierdzenie, że cuda Jezusa nie wydarzyły się, ponieważ nie zdarzają się podobne rzeczy dzisiaj, jest zaprzeczeniem wydarzeń w historii niepodważalnych tylko z tego powodu, że takie wydarzenia nie są znane nam i naszemu pokoleniu.

CZYTAJ DALEJ…

 

Dodatek 3 – cz. 3.

Uznawanie za fałsz wszystkiego, czego osobiście nie zobaczyliśmy, nie usłyszeliśmy i nie odczuwaliśmy, byłoby niezmiernym ograniczeniem naszej perspektywy umysłowej. Nawet gdybyśmy dołączyli do tego doświadczenia innych ludzi, których widzieliśmy i znamy, nasz horyzont intelektualny nie powiększyłby się zbytnio. Wiele informacji jest przekazywanych telegraficznie i o wielu sprawach dowiadujemy się od podróżników, których słowa powinniśmy przyjmować za prawdziwe, choć ich relacje nie mają żadnego związku z tym, co kiedykolwiek widzieliśmy czy słyszeliśmy. W przeciwnym wypadku bylibyśmy takimi głupcami jak ów król syjamski, który nie uwierzył słowom ambasadora Holandii, iż w jego kraju często woda zamarza i przyjmuje postać ciała stałego. W gorącym klimacie Półwyspu Indochińskiego król ów nigdy nie widział lodu i dlatego nie uwierzył, że coś takiego może dziać się gdzie indziej.

Zgodność z doświadczeniem będzie najbardziej logicznym i rozsądnym testem, jeżeli zostanie odpowiednio rozszerzona, tak aby obejmowała wszystkie materialne aspekty badanego przedmiotu. Jest natomiast testem najbardziej zawodnym, jeżeli upieramy się przy ocenianiu materialnego i duchowego wszechświata – z jego nieskończoną różnorodnością form i przemian – przez ograniczone doświadczenie prostego i wyizolowanego życia albo przez szczególne normy jakiegoś wieku czy rasy. Przy takim rozumieniu tego testu niemożliwy byłby rozwój cywilizacyjny, ponieważ każde pokolenie ludzi musiałoby zaczynać od nowa i byłoby ograniczone do korzystania z rezultatów swojego własnego doświadczenia. Co więcej, kierowanie się taką zasadą uniemożliwiłoby akceptację praw natury odkrytych drogą rozumowania przez uczonych albo stwierdzonych dzięki badaniom fizycznym i chemicznym, dopóki prawda ta nie stałaby się dostępna powszechnemu doświadczeniu. Każdy człowiek byłby więc wtedy jak ten niedowierzający obywatel, który po usłyszeniu, że z Baltimore do Waszyngtonu przysłano depeszę ogłaszającą nominację Jamesa K. Polka w wyborach prezydenckich, odmówiłby uwierzenia w nią, dopóki sam nie mógłby stwierdzić tego, będąc obecny jednocześnie na obu końcach linii. Telegrafia jest jednak rzeczywistością, nawet wbrew niedowierzaniu i brakowi doświadczenia. Amerykańscy tubylcy, którzy pierwsi oglądali okręty Kolumba, podobno uważali je za potężne ptaki z niebios i nie mogli uwierzyć, że są to łodzie, ponieważ nigdy nie widzieli łodzi ze skrzydłami. Herodot opowiada o śmiałych żeglarzach, którzy popłynęli wzdłuż wybrzeży Afryki dalej niż zazwyczaj pływało się w tamtych czasach. Wrócili z cudowną relacją ze swojej podróży i opowiadali, że dopłynęli do kraju, w którym ich cienie w południe wskazywały kierunek południowy. Nie uwierzono im, a ich relacje zostały odrzucone przez mieszkańców wybrzeży Morza Śródziemnego z kpiną i pogardą, ponieważ jedynym ich doświadczeniem było to, że cień człowieka w południe zawsze wskazuje kierunek północny. Nie wierzyli, aby było możliwe, by cienie mogły wskazywać inny kierunek. A jednak, mimo to, relacje żeglarzy były prawdziwe.

Te proste przykłady pouczają nas, że inni ludzie mieli doświadczenia nie tylko różne od wszystkiego, co kiedykolwiek sami przeżywaliśmy, lecz także niezrozumiałe dla nas w danej chwili albo i zawsze. Morał tej prawdy zastosowany do ewangelistów opisujących cuda brzmi, że szczęśliwi uczestnicy i świadkowie cudownych czynów Jezusa mogli poznać doświadczenia, których my nigdy nie mieliśmy i których nie możemy obecnie dokładnie zrozumieć.

  1. Po piąte i ostatnie – należy zbadać zgodność świadectwa z innymi okolicznościami.

Jest to główny test wiarygodności we wszystkich tych przypadkach, w których świadek nie żyje, jest nieobecny lub chory psychicznie, a jego relacja jest przedstawiana na piśmie. W takich warunkach niemożliwe jest zastosowanie tego, co można by określić jako osobiste przesłuchanie świadka przez stronę przeciwną. Innymi słowy, niemożliwe jest krytyczne zbadanie – w takim stopniu jak wtedy, gdy żyje on i świadczy ustnie – takich cech, jak: uprzedzenia, przesądy i zachowanie się świadka. Jeżeli świadectwo pisemne jest wszystkim, co mamy, jego rzetelność może być stwierdzona jedynie przez dokładne badanie jego części, porównywanie ich nawzajem ze sobą, a następnie porównywanie ich z równoległymi, współczesnymi im faktami i okolicznościami. Test ten jest niezmiernie ważny. Greenleaf przedstawił dokładnie i treściwie podstawę, na której się on opiera: „Każde wydarzenie, które rzeczywiście miało miejsce, ma swoje odpowiednie miejsce w szerokim i skomplikowanym strumieniu okoliczności, na który składają się działania ludzi; zawdzięcza swoje istnienie wydarzeniom, które je poprzedziły, jest blisko związane z wszystkimi wydarzeniami, które wydarzyły się w tym samym czasie i miejscu, a często także z tymi, które wydarzyły się w odległych częściach świata, i samo z kolei daje początek niezliczonym innym następującym po nich wydarzeniom. W całym tym niemalże niepojętym splocie i pozornym bałaganie istnieje doskonała zgodność. Skoro więc fakt, który rzeczywiście miał miejsce, jest dokładnie dopasowany do każdego innego współczesnego mu i związanego z nim – choćby w najmniejszym stopniu – wydarzenia, niemożliwe jest, aby rozum ludzki wymyślił historię, która po dokładnym porównaniu z prawdziwymi wydarzeniami z tego samego miejsca i czasu mogła nie zostać rozpoznana jako fałszywa”.

Zasada ta daje szerokie pole do wykazania umiejętności stawiania pytań przez stronę przeciwną i umożliwia jej często wydobycie prawdy i wykrycie fałszerstwa tam, gdzie wszystkie inne testy zawiodły. Zasada ta jest także doskonale znana krzywoprzysiężcom i ludziom przekupującym świadków. Fałszywy świadek starannie unika wielości szczegółów, ucieka przed tym, co konkretne i sądzi, że jego bezpieczeństwo spoczywa w ograniczeniu świadectwa – tak bardzo, jak tylko jest to możliwe – do pojedynczego faktu, który ma niewiele powiązań z innymi faktami i okolicznościami, a i te są proste. Gdy świadek jest zbyt wielkim ignorantem, aby rozumieć tę zasadę i docenić związane z nią niebezpieczeństwo, współpracujący z nim prawnik – jeżeli zgodził się zbezcześcić swój zawód i zanieczyścić wody sprawiedliwości fałszywym świadectwem – na pewno udzieli mu odpowiedniego ostrzeżenia. Powie świadkowi, że w sprawach, co do których nie został poinstruowany, ma wiedzieć i pamiętać tak mało, jak tylko jest to możliwe. Rezultatem będzie sytuacja, w której jego świadectwo – zwłaszcza w sprawach, w których będzie pytany przez sąd – będzie chwiejne, pełne luk, niezrównoważone i nienaturalne. Będzie wymawiał się za każdym razem wygodnym dla siebie brakiem pamięci, który umożliwił mu zapomnienie wielu ważnych okoliczności i faktów, ale nie przeszkadza w zapamiętaniu wielu nieważnych. Będzie zdradzał lękliwą niepewność w sprawie stanowczego opowiedzenia się w każdej szczegółowej sprawie, w której nie został poprzednio poinstruowany. Z drugiej strony świadek prawdomówny jest zazwyczaj otwarty, a jego wypowiedzi jasne i wyczerpujące. Wykazuje gotowość do odpowiadania na wszystkie pytania, nawet te, które dotyczą najdrobniejszych szczegółów, i wydaje się całkowicie nieporuszony pytaniem sprawdzającym lub wykazującym sprzeczność w jego świadectwie. Jego świadectwo jest więc zrównoważone, naturalne i szczegółowe.

Otóż te ostatnie cechy znamionują każdą kartę historii Nowego Testamentu. Autorzy ewangeliczni pisali z najwyższą swobodą i zapisywali szczegółowo maniery, zwyczaje, nawyki i fakty historyczne im współczesne. Naturalność i szczerość ich pism są po prostu zdumiewające. Nigdzie nie ma śladu próby ukrycia czegoś, załatania czy dopasowania. Nigdzie w ich pismach nie pojawiają się żadne zdania wprowadzające ani następujące po nich wyjaśnienia, które zazwyczaj są cechami fałszywego świadectwa. Odnosi się wrażenie, że nigdy nie naginają rzeczywistości do takich o niej wyobrażeń, aby czytelnikom łatwiej było uwierzyć w to, co napisali. Ich narracje wydają się mówić: to jest zapis prawdy, a jeśli świat odrzuci go, to tym samym odrzuci fakty historyczne. Taka naturalność i pewność wywierają zawsze nieodparte wrażenie prawdy i w każdej debacie są uznawane za nieomylne jej oznaki.
Należy stwierdzić, że ewangeliści byli w pełni świadomi niebezpieczeństwa wynikającego ze zbyt wielkiej szczegółowości fałszywego świadectwa i z pewnością, gdyby ich słowa nie były prawdziwe, obawialiby się przytaczać tak wiele szczegółów. Przedstawiliśmy już opinię profesora Holtzmanna z Heidelbergu, mówiącą, że Ewangelie synoptyczne zostały spisane między 60 a 80 rokiem po Chr. Pewne jest, że w tym czasie żyło jeszcze ciągle wielu ludzi, którzy dobrze znali wydarzenia z życia Zbawiciela, Jego naukę oraz dziesiątki innych faktów i okoliczności podawanych przez świętych pisarzy. Św. Paweł (1 Kor 15,6) mówi o pięciu setkach braci, którym zmartwychwstały Jezus ukazał się jednocześnie, po czym dodaje: „(…) większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli”. A trzeba pamiętać, że ta szczególna grupa ponad dwustu pięćdziesięciu ludzi z pewnością nie obejmowała wszystkich, którzy w tamtym okresie zachowali dokładną pamięć o Mistrzu, Jego nauczaniu i cudach. Wielu ludzi, którzy zostali przez Niego uzdrowieni, dzieci, które siadywały na Jego kolanach i były przez Niego błogosławione, wielu członków stronnictw faryzeuszów i saduceuszów, którzy prześladowali Go i doprowadzili do Jego śmierci, bez wątpienia ciągle żyło i miało w pamięci żywe wspomnienia posługi Nazarejczyka. Ludzie ci mogliby zaprzeczyć, kierując się swoją osobistą wiedzą, fałszywym stwierdzeniom przedstawianym przez ewangelistów. Świadomość tego faktu byłaby sama w sobie silnym motywem zmuszającym do mówienia prawdy.

Prawdziwość Ewangelii nie tylko nie została obalona przez współczesnych im pisarzy, lecz nie została także przekreślona przez późniejsze badania naukowe i historyczne. W tym momencie doszliśmy do bezpośredniego zastosowania testu zgodności świadectwa ewangelistów ze współczesną im historią. Jako ilustracje zostaną przedstawione jedynie fakty z historii świeckiej, potwierdzające okoliczności towarzyszące procesowi i ukrzyżowaniu Mistrza.

Ewangeliści piszą, że Chrystus był sądzony przez Poncjusza Piłata. Zarówno Józef, jak i Tacyt mówią nam, że Piłat był prokuratorem Judei w tym czasie.
W J 18,31 czytamy: „Piłat więc rzekł do nich: >Weźcie Go wy i osądźcie według swojego prawa<. Odpowiedzieli mu Żydzi: >Nam nie wolno nikogo zabić<„. Od wielu świeckich historyków starożytnych i nowożytnych dowiadujemy się, że władza nad życiem i śmiercią została zabrana Żydom i przekazana prokuratorowi rzymskiemu.
W J 19,16-17 czytamy: „Zabrali zatem Jezusa. A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki (…)”. Zdanie potwierdzające znajdujemy w pismach Plutarcha: „Każdy rodzaj przestępstwa daje w rezultacie właściwą sobie udrękę; tak jak każdy złoczyńca, gdy jest prowadzony na egzekucję, niesie swój własny krzyż”.
W Mt 27,26 czytamy: „(…) Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie”. To, że biczowanie było wstępem do egzekucji u Rzymian, poświadczone jest przez wielu pisarzy starożytnych, wśród których można wymienić Józefa i Liwiusza. Następujące teksty pochodzą z dzieł Józefa:
„(…) którego ukrzyżował wpierw ubiczowawszy”.
„Po ubiczowaniu zostali ukrzyżowani naprzeciw Cytadeli.”
„Został spalony żywcem po biczowaniu.”
Z dzieł Liwiusza wystarczy pojedyncze zdanie: „Wszyscy zostali wyprowadzeni, ubiczowani rózgami i zgładzeni”.
W J 19,19-20 czytamy: „Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: >Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski<. (…) A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim”. Rzymski zwyczaj przybijania oskarżenia do narzędzia kary jest wspomniany przez kilku pisarzy starożytnych, wśród nich Swetoniusza i Kasjusza Diona. W dziełach Swetoniusza pojawia się następujące zdanie: „Wystawił ojca rodziny dla psów z takim tytułem: >Gladiator, bezbożny w mowie<„. U Kasjusza Diona można przeczytać: „Przeprowadziwszy go przez środek sądu i zgromadzenia z napisem oznajmiającym przyczynę jego śmierci, ukrzyżowali go”.
W końcu czytamy w J 19,32: „Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani”. Kara krzyżowania została zniesiona edyktem Konstantyna. Pisząc pochwałę tego edyktu, pewien sławny pisarz pogański wymienia okoliczności łamania goleni. „Był on do tego stopnia pełen miłości, że pierwszy zniósł bardzo starożytną karę – krzyż połączony z łamaniem goleni”.
Jeżeli zestawimy wąski krąg faktów związanych z procesem i ukrzyżowaniem Jezusa ze znanymi wydarzeniami z ówczesnej historii i będziemy rozważali opowieści ewangeliczne jako całość, stwierdzimy, że są one potwierdzone przez fakty z historii powszechnej. Badanie Ewangelii ujawni także zawarty w nich element Boży, co stanowi ostateczny dowód ich prawdziwości i rzetelności. Omówienie Bożego czy duchowego elementu w historiach ewangelicznych wykracza jednak poza cel tej rozprawy. Końcowe jej strony zostaną poświęcone rozważeniu ludzkiego elementu w narracjach Nowego Testamentu. Nie będzie to więc nic więcej niż rozwinięcie pięciu prawniczych testów wiarygodności wymienionych przez Starkiego.

Przez ludzki czy też historyczny element wiarygodności w narracjach ewangelicznych rozumiemy podobieństwo faktów przedstawianych w nich do zapisanych w świeckich historiach o uznanym autorytecie, których twierdzenia zwykliśmy przyjmować za prawdziwe. Wzajemne relacje faktów historycznych oraz związki i połączenia wydarzeń znanych – albo uważanych za prawdziwe – z innymi, które staramy się udowodnić, tworzą fundamentalną podstawę wiary i są rzetelnymi sposobami dowodzenia. Nawet najbardziej powierzchowne przejrzenie Nowego Testamentu ujawnia uderzające podobieństwo między opisywanymi tam wydarzeniami a dobrze znanymi faktami, o jakich donoszą świeccy historycy, których słowom bez zastrzeżeń wierzymy. Przedstawmy kilka przykładów i zwróćmy uwagę na kilka takich podobieństw.

Opisując trwogę Zbawiciela w Ogrodzie Oliwnym, św. Łukasz mówi: „Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię”.
To dziwne zjawisko „krwawego potu” jest tak rzadkim wydarzeniem, że często zaprzeczano prawdziwości tego faktu. Opis ten bywał przypisywany przesadnej wyobraźni trzeciego ewangelisty. A jednak podobne zdarzenia są potwierdzone w dziełach świeckich pisarzy. Tissot donosi o przypadku, w którym „pewien żeglarz tak przeraził się sztormem, że z przerażenia upadł, a jego twarz pokryła się krwawym potem, który w czasie całego sztormu – jak zwykły pot – powracał po otarciu”. Schenck donosi: „Zakonnica wpadła w ręce żołnierzy i zobaczywszy siebie otoczoną mieczami i sztyletami grożącymi natychmiastową śmiercią, tak bardzo tym się przeraziła i została wstrząśnięta, ża każda część jej ciała zaczęła krwawić i umarła ona z upływu krwi na oczach swoich napastników”. Pisząc o śmierci Karola IX, króla Francji, Voltaire stwierdził: „Choroba, która spowodowała jego śmierć, była bardzo niezwykła; jego krew wypływała ze wszystkich porów jego ciała. Choroba ta, której kilka przykładów zanotowano, jest albo rezultatem najwyższego przerażenia, szaleńczej męki, albo gwałtownego lub melancholicznego temperamentu. To samo wydarzenie zostało plastycznie opisane przez pewnego francuskiego historyka, De Mezeraya: „(…) długo walczył przeciwko swojej chorobie i został przez nią w końcu pokonany na swoim łożu w zamku Vincennes około 8 maja 1574 roku. Podczas ostatnich dwóch tygodni życia jego organizm dokonywał dziwnych wysiłków. Dotknięty był spazmami i konwulsjami najwyższej gwałtowności. Przewracał się i rzucał się nieustannie, a jego krew wypływała ze wszystkich otworów jego ciała, nawet z porów skóry, tak że pewnego razu znaleziono go oblanego krwawym potem”.
Jeżeli ów żeglarz, owa zakonnica i król Francji przeżywali coś, co opisane zostało jako „krwawy pot”, dlaczego miałoby wydawać się niewiarygodne, iż człowiek o imieniu Jezus, cieśla z Nazaretu, mógł mieć podobne przeżycie? Jeżeli mamy wierzyć Tissotowi, Schenckowi i Voltaire’owi, dlaczego nie mielibyśmy uwierzyć św. Łukaszowi? Jeżeli św. Łukasz powiedział prawdę w tej sprawie, dlaczego mielibyśmy wątpić jego słowom dotyczącym innych spraw związanych z życiem, śmiercią i zmartwychwstaniem Syna Bożego? Czyż Voltaire, najgenialniejszy i największy sceptyk, nie potwierdza w tej szczególnej sprawie słów biografa Chrystusa?

Przejdźmy do innego przykładu potwierdzenia poprzez podobieństwo. Opisując ukrzyżowanie, św. Jan napisał: „(…) jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda”. Wczesna krytyka sceptyczna zaprzeczała opisowi wypłynięcia krwi i wody z boku Zbawiciela, ponieważ inni ewangeliści nie wspominają o tym wydarzeniu i – jak uznano – jest to fakt nienaukowy. Lecz współczesna nauka medyczna wykazała, że Jezus umarł na pęknięcie serca. Około połowy poprzedniego wieku znany angielski lekarz i chirurg, doktor Stroud, napisał rozprawę zatytułowaną Medyczna przyczyna śmierci Jezusa. W tej książce udowodnił bardzo jasno, że bezpośrednią przyczyną śmierci Jezusa na krzyżu było pęknięcie serca. Na potwierdzenie tego faktu przedstawił wiele argumentów. Między innymi twierdził, że pęknięcie serca jako przyczyna śmierci Męża Boleści jest potwierdzona przez krótki czas, podczas którego pozostawał On na krzyżu, i Jego głośny krzyk, zanim „oddał ducha”. Lecz najsilniejszym dowodem według autora tego dzieła jest fakt, iż po przebiciu włócznią z Jego boku wypłynęły krew i woda. Doktor Stroud stwierdza, że to się dzieje często, gdy serce zostanie w nagły i gwałtowny sposób przebite z zewnątrz po śmierci spowodowanej jego pęknięciem. W ciągu kilku godzin po śmierci wywołanej tą przyczyną krew często rozdziela się na swoje części składowe: crassamentum – delikatną, grudkowatą substancję koloru ciemnoczerwonego i serum – blady, wodnisty płyn. Popularnie są one nazywane krwią i wodą. Wypłyną one oddzielnie, jeżeli osierdzie i serce zostaną gwałtownie przekłute czy rozdarte. W traktacie tym cytowanych jest wiele autorytetów medycyny, a wnioski w nim zawarte są potwierdzone przez kilku najsławniejszych lekarzy i chirurgów Anglii.

Bardzo prawdopodobne jest, że św. Jan nie znał medycznej przyczyny dziwnego wypływu krwi i wody z boku Jezusa. Wydaje się, iż obawiał się, że słowom jego nie będzie się wierzyło, ponieważ w następnym wersecie przezornie mówi światu, że widział to osobiście. „Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe: on wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli”.

Tutaj także – w sprawie wypłynięcia krwi i wody z boku Jezusa – współczesna wiedza medyczna potwierdziła prostą narrację łagodnego i pełnego miłości ewangelisty.
Jeszcze inną ilustracją podobieństwa, współgrania i potwierdzenia faktu jest incydent związany z aresztowaniem Jezusa w Ogrodzie Oliwnym. Św. Jan pisze: „Skoro więc rzekł do nich: >Ja jestem<, cofnęli się i upadli na ziemię”.

Jest to tylko jeden z kilku znanych w historii przypadków, w których zwyczajni ludzie zostali oszołomieni i sparaliżowani w obecności wybitnego człowieka, któremu zamierzali uczynić coś złego. Gdy Sulla posłał pewnego galijskiego kawalerzystę do Minturnae, aby zabił Mariusza, ów wielki „rzymski lew” powstał i rzucając ogień oczami skierował się w kierunku kawalerzysty, który z najwyższym przerażeniem uciekł z tego miejsca, krzycząc: „Nie potrafię zabić Caiusa Mariusa!”

Z Ewangelii św. Mateusza dowiadujemy się, że w momencie aresztowania w Ogrodzie Oliwnym „wszyscy uczniowie opuścili Go i uciekli”.

Nie jest to wyizolowany przypadek tchórzostwa i dezercji. Jest to jedynie ilustracja powszechnej prawdy: tłum będzie ślepo szedł za mistrzem i do szaleństwa uwielbiał bohatera czy proroka w godzinie jego triumfu i zwycięstwa, lecz opuści go i ucieknie w momencie jego upokorzenia i ukrzyżowania.

Weźmy pod uwagę spalenie Savonaroli. Ten ksiądz-patriota z Republiki Florenckiej wierzył, iż jest natchniony przez Boga; jego heroiczne życie i męczeńska śmierć wydają się usprawiedliwiać jego słowa. Na ambonie kościoła św. Marka stał się heroldem i zwiastunem reformacji, a pełni poświęcenia zwolennicy chłonęli jego słowa, jak gdyby były natchnionymi kazaniami z nieba. A jednak, gdy inkwizycja skazała go na spalenie na stosie i wiązki chrustu zapaliły się wokół niego, ten sam tłum, który przedtem go podziwiał, teraz wymyślał mu, drwił z niego i szydził z jego męczeństwa.

Weźmy pod uwagę karierę Napoleona. Gdy słońce Austerlitz wzniosło się nad światem, cały naród francuski oszalał z miłości i oddania dla swego cesarza, który kiedyś był szarym Korsykańczykiem. Lecz gdy wojska sprzymierzonych wkraczały do Paryża po bitwie pod Lipskiem, ten sam naród francuski zaparł się swego cesarskiego bożyszcza, postrącał jego obrazy, unieważnił jego dekrety i zjednoczył się z całą Europą, żądając jego dożywotniego wygnania z Francji. Potem nastąpiło wygnanie na Elbę. Lecz historyczny melodramat ludowej wierności i zmienności jeszcze się nie skończył. Gdy ten sam Napoleon w kilka miesięcy później uciekł ze swego więzienia na wyspie na Morzu Śródziemnym i wylądował na wybrzeżach Francji, naród francuski znowu szalał z radości, witając wygnańca z otwartymi ramionami, niemalże zadusił go swoimi pocałunkami. Minęło sto dni. Na przerażającym polu bitwy pod Waterloo „szansa i los połączyły się, aby zniszczyć fortunę swego byłego króla”. Znowu zmienny tłum Francuzów złorzeczył swemu upadłemu monarsze, ogłosił koniec dynastii napoleońskiej i powitał okrzykami radości powrót wygnanego Burbona, Ludwika XVIII.

Gdy ewangelista pisał: „wszyscy uczniowie opuścili Go i uciekli”, dał jedynie wyraz prostej prawdzie, którą odzwierciedla i potwierdza cała historia.

Podobieństwa historii świętej i świeckiej nie ograniczają się do samych faktów. Wydaje się, że historia świecka stworzyła w pewnych okresach postacie bardzo podobne do tych, które znamy z historii świętej. Podobieństwo jest często tak uderzające, że aż wywołuje zdumienie. Kto przypomina św. Piotra, jeżeli nie marszałek Ney? Piotr był przywódcą apostolskiej Dwunastki – Ney był szefem dwunastu marszałków Napoleona. Piotr był impulsywny i gwałtowny – podobnie Ney. Piotr był tym, który pierwszy przemawiał i działał we wszystkich nagłych wypadkach apostolskiej posługi. Ney, jak mówi nam Dumas, zawsze niecierpliwił się, chcąc rozpoczynać bitwę i dowodzić pierwszym atakiem. Piotr prawdopodobnie ostatni opuścił ogród, w którym rozpoczęła się wielka tragedia jego Mistrza. Ney był ostatnim, który wycofał się z Rosji ogarniętej przez straszliwą zimę, w której wyraźnie widać było początki końca kariery jego wielkiego monarchy. Piotr zaparł się Jezusa, Ney odtrącił Napoleona, a nawet ofiarował się – w czasie jego ucieczki z Elby – dostarczyć go w klatce Ludwikowi XVIII. Piotr został następnie ukrzyżowany z powodu swego oddania Jezusowi, którego wcześniej się zaparł, Ney został zabity z powodu lojalności wobec Napoleona, którego kiedyś odtrącił.

Podane tutaj przykłady polegają na porównywaniu i oparte są na podobieństwie. Ilustracji takich można by przytaczać wiele, lecz sądzę, że w sprawie tej powiedziano już wystarczająco dużo. Na zakończenie tego krótkiego omówienia elementu ludzkiego w Piśmie Świętym można jeszcze wspomnieć o innym teście prawdy, który może być zastosowany do ewangelistów. Test ten nie pochodzi z porównania opartego na jakiejś szczególnej grupie faktów historycznych. Wypływa on z łatwo zauważalnego i niemożliwego do oddzielenia związku między słowami autorów Ewangelii a doświadczeniem ludzkości. Do zobrazowania tego punktu wystarczy jedna ilustracja. Gdy Jezusa przybijano do krzyża, to smutne widowisko miało miejsce pod nieobecność Apostołów, z wyjątkiem św. Jana. Mężczyźni, którzy przedtem chodzili z Nazarejczykiem, nie podtrzymywali Mistrza i nie łagodzili Jego cierpienia w szczytowym momencie konania. Towarzyszące Mu kobiety były jednak z Nim do końca. Maria, Jego Matka, Maria Magdalena, Maria, żona Kleofasa, Salome, matka Jana Ewangelisty i inne spośród „kobiet, które szły za Nim z Galilei”, posługiwały Mu w Jego cierpieniach i pocieszały Go swoją obecnością. Były one ostatnimi ludźmi, którzy przywarli do Jego krzyża i pierwszymi, którzy powitali Go rankiem trzeciego dnia. Gdy bowiem świt zmartwychwstania zajaśniał nad światem, te same kobiety spiesznie zdążały do grobu, niosąc maści – wonną ofiarę nieśmiertelnej miłości. Co za kontrast między oddaniem i poświęceniem kobiet a zmiennością mężczyzn, którzy kroczyli śladami Męża Boleści w Jego ostatnich dniach! Jeden z Apostołów zaparł się Go, inny zdradził Go, a wszyscy z wyjątkiem jednego opuścili Go w zmaganiu ze śmiercią. Jego rodacy ukrzyżowali Go haniebnie. Żadna jednak z kobiet wymienionych w Nowym Testamencie nigdy nie podniosła swego głosu przeciwko Synowi Bożemu.

Ten płynący ze świętych stronic obraz poświęcenia kobiet jest odzwierciedlony w historii powszechnej i ludzkim doświadczeniu. Nie trzeba wielu przykładów. Wystarczy powiedzieć, że gdy św. Mateusz, św. Marek, św. Łukasz i św. Jan mówią nam o tym poświęceniu, po prostu odpowiadamy: „Tak, tak zawsze było we wszystkich krajach i w każdym czasie”. Wiemy o tym nie tylko z historii, ale także z naszego własnego doświadczenia we wszystkich dziedzinach życia – począwszy od kołyski aż do grobu. Noc boleści nigdy nie staje się tak ciemna, żeby miłość matki nie rozświetliła jej mroku. Kryminalny wyrok wydany na przewrotnego syna nigdy nie stanie się tak czarny, aby jej ramiona nie znalazły się przy nim. W całym zakresie – począwszy od pełnej miłości lojalności wobec kochanej osoby aż do patriotycznego poświęcenia sprawom narodu – wierność kobiety jest nieśmiertelna. Mówi się, że kobiety francuskie zapłaciły Niemcom dług wojenny. Słowa wypowiedziane przez spartańską matkę do jej syna-żołnierza są zbyt dobrze znane, aby je powtarzać. Gdy legiony Scypiona otoczyły mury Kartaginy i desperacja ogarnęła mieszkańców tego punickiego miasta, kartagińskie kobiety obcinały swoje długie czarne włosy, aby wykonać z nich cięciwy do kartagińskich łuków. Przykłady można by mnożyć; te, które zostały podane, wystarczą jednak, aby wykazać, że Maria, Marta i Salome, kobiety z Ewangelii, są po prostu jednymi z wielu pełnych poświęcenia kobiet na tym świecie.

Gdy dochodzimy do podsumowania, musimy stwierdzić, że jeżeli historycy ewangeliczni nie są wiarygodni, to nie mamy też żadnych podstaw do racjonalnej wiary w świeckie kroniki ludzkiej historii. Żadna inna literatura nie wytrzymuje tak dobrze badania historycznego jak biografie Nowego Testamentu. Możemy powiązać naszą współczesną Biblię z Biblią apostolską nie jakimś pojedynczym łańcuchem, lecz trzema wielkimi łańcuchami. Wielkie rękopisy: watykański, aleksandryjski i synajski, pochodzące z IV i V wieku, muszą być kopiami oryginałów, albo przynajmniej pierwszych kopii. Na podstawie tych rękopisów opracowano znany obecnie tekst Biblii.

Różne wersje i tłumaczenia oryginału Pisma Świętego – z języków, w których zostało ono najpierw napisane, na inne języki – tworzą doskonale połączenie między dniami Apostołów a naszymi czasami. Wulgata, sławne tłumaczenie łacińskie św. Hieronima, zostało ukończone w roku 406. Ten wielki uczony sam powiedział, że przy dokonywaniu tłumaczenia posługiwał się „starożytnymi (greckimi) kopiami”. Rękopisy, które były „starożytne” na przełomie IV i V w., musiały być albo pismami oryginalnymi, albo przynajmniej pierwszymi kopiami. Cała więc Wulgata jest doskonałym historycznym połączeniem między Biblią, którą czytamy dzisiaj, a tą, którą czytali pierwsi chrześcijanie.

Także pisma Ojców Kościoła tworzą łańcuch, w którym nie brakuje żadnego ogniwa między Biblią naszego pokolenia a Biblią pierwszego pokolenia uczniów Chrystusa. W pełni słuszne jest twierdzenie, że gdyby wszystkie Biblie na świecie zostały zniszczone, można by zrekonstruować niemalże doskonałą Biblię z cytatów zamieszczonych w różnorodnych książkach – tak są one liczne i tak dokładne. Poczynając od Barnaby i Klemensa, towarzyszy św. Pawła, poprzez wszystkie wieki nie ma ani jednego pokolenia, w którym jakiś książę czy dostojnik Kościoła nie zostawiłby na piśmie przekonującego materiału dowodowego, że księgi Starego i Nowego Testamentu, czytane w jego dniach, są identyczne z tymi, które czytali pierwsi wyznawcy naszej wiary. Łańcuch dowodów – rozpoczęty od pism pierwszych Ojców – składa się z setek ogniw. Każde z nich jest doskonałe samo w sobie, a jednak są one wzmocnione i zespolone setkami innych, aby uczynić każdy z nich pojedynczo i wszystkie razem podwójnie silnymi. Jeżeli te różne świadectwa, rękopisy, tłumaczenia i pisma Ojców Kościoła zostaną potraktowane nie pojedynczno, lecz łącznie, będziemy mieli nie tylko łańcuch, lecz potężny, duchowy kabel łączący wiele przewodów, ciągnący się przez wielkie morze czasu i łączący naszą dzisiejszą Biblię w nierozerwalny sposób z Biblią czasów apostolskich.

Jeżeli pojawi się sprzeciw, że te różne pisma mogły zostać zniekształcone, zanim dotarły do nas przez wieki – i że prawdopodobnie zostały zniekształcone – można odpowiedzieć, iż fakty historyczne wykluczają taką możliwość. Jak stwierdził Greenleaf, zazdrość przeciwnych chrześcijaństwu sekt zachowała je od zniekształcenia i sfałszowania. Można dodać, że oprócz tych sekt istnieli nawet w najwcześniejszych latach jawni i otwarci niewierzący, którzy atakowali główne prawdy wiary chrześcijańskiej, a celami swoich ataków uczynili historie ewangeliczne. Także oni wykryliby i rozgłosili każdą próbę – pochodzącą z jakiegokolwiek źródła – zniekształcenia tych pism.

Innym, końcowym i najprawdopodobniejszym powodem niezwykłego przetrwania ksiąg Biblii jest pełna szacunku troska, z jaką obchodzili się z nimi w każdym wieku ich opiekunowie. Współczesnemu światu trudno jest w pełni docenić znaczenie i zakres tego szacunku i troski. Należy pamiętać, że przed wynalezieniem druku większość ludzi nie mogła posiadać Biblii i nie posiadała jej. W wiekach średnich posiadanie pojedynczej kopii wymagało fortuny. Niezwykła rzadkość powodowała nie tylko zwiększenie wartości handlowej, lecz powiększała także pełną bojaźni świętość, jaką otaczano te cenne księgi – zgodnie z zasadą, według której osoba króla staje się świętsza i bardziej tajemnicza, gdy jest rzadziej widywana publicznie. Synagogi i klasztory były przez wiele wieków jedynymi posiadaczami świętych ksiąg i świadome zniekształcenie jakiejkolwiek części Biblii byłoby uznane niemal za bluźnierstwo wobec Boga albo zbezczeszczenie relikwii. Już tylko te względy wystarczają do wytłumaczenia, skąd wiemy, że Pismo Święte dotarło do nas bez zniekształceń i przekłamań.

Dzięki testom prawniczym Starkiego zobaczyliśmy, że ewangelistom należy wierzyć, ponieważ:

  1. Byli oni uczciwi i szczerzy, tzn. sami wierzyli, że mówią prawdę.
  2. Bez wątpienia byli ludźmi o przynajmniej przeciętnej inteligencji i byli naocznymi świadkami faktów przedstawionych przez nich w Ewangeliach.
  3. Byli niezależnymi od siebie historykami, którzy pisali w różnych czasach i miejscach, a ich relacje we wszystkich istotnych szczegółach potwierdzają się nawzajem.
  4. Z wyjątkiem kwestii cudów, których nieprawdziwości sceptycyzm nigdy zresztą nie był w stanie udowodnić w pełni, ich świadectwo zgadza się całkowicie z ludzkim doświadczeniem.
  5. Ich świadectwo współgra również w pełni i rzetelnie z wszystkimi społecznymi, historycznymi i religijnymi okolicznościami życia w ich czasach oraz z nauką historii powszechnej każdego wieku.

Otrzymawszy ze starożytności nie zniekształcone orędzie narodzone z prawdy, posiadamy doskonały zapis faktów, dzięki którym możemy omówić proces Jezusa.
(Walter M. Chandler, The Trial of Jesus, Vol. 1, New York: The Empire Publishing Co., 1908, ss. 12-70).