Sprawa zmartwychwstania – rozdział 8

Poprzedni rozdział

On przemienił moje życie

Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki.

Jezus Chrystus, Ewangelia według św. Jana 11,25-26

Nigdy nie wywarł Jezus tak szerokiego i głębokiego wpływu na ludzkość jak w ostatnich trzech czy czterech pokoleniach. Przez Niego miliony ludzi zostały przemienione i zaczęły prowadzić życie, którego On był przykładem (…) Narodzenie, życie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, oceniane przez swoje konsekwencje, są najważniejszymi wydarzeniami w historii człowieka. Ze względu na swój wpływ Jezus jest centrum ludzkiej historii.

Kenneth Scott Latourette, historyk

DOWÓD POSZLAKOWY NR 6: On przemienił moje życie

Ostatnim dowodem poszlakowym, który chciałbym przedstawić, jest to, co wydarzyło się ze mną. Wierzę, że jestem chodzącym świadectwem, iż Jezus Chrystus powstał z martwych i żyje. W pierwszym rozdziale wyjaśniałem, jak zamierzałem intelektualnie obalić zmartwychwstanie i chrześcijaństwo. Po zebraniu materiału dowodowego – którego część przedstawiłem w tej książce – byłem zmuszony wyciągnąć wniosek, że moje argumenty nie wytrzymują konfrontacji z faktami i że Jezus Chrystus jest tym, za kogo się podawał – Synem Boga.

Konflikt

Miałem jednak poważny problem. Mój umysł potwierdzał, że wszystko to jest prawdą, lecz moja wola ciągnęła mnie w innym kierunku. Odkryłem, że zostanie chrześcijaninem jest wydarzeniem niszczącym mój egoizm.

Jezus skierował do mojej woli bezpośrednie wezwanie, abym Mu zaufał. Pozwólcie mi sparafrazować Jego słowa: „Spójrz! Stoję przy drzwiach i nieustannie kołaczę. Jeżeli ktoś usłyszy moje wołanie i otworzy drzwi, wejdę do niego”.

Moim problemem nie było to, czy rzeczywiście chodził po wodzie i czy zamienił wodę w wino. Jezus dokonywał cudów nie po to, by mnie zabawiać. Wiedziałem też, że jeśli Mu zaufam, będzie to najszybsza droga do skończenia moich zabaw.

Tak więc mój umysł mówił mi, że prawda jest w chrześcijaństwie, a moja wola mówiła: „Nie zgadzaj się z tym!”

Za każdym razem, gdy byłem wśród tych entuzjastycznych chrześcijan, o których pisałem w pierwszym rozdziale, konflikt zaczynał się od nowa. Jeżeli byłeś kiedyś w otoczeniu szczęśliwych ludzi, a sam czułeś się nieszczęśliwy, wiesz, jak mogą cię oni irytować. Byli tak bardzo szczęśliwi, a ja tak okropnie nieszczęśliwy, że w pewnym momencie musiałem wstać i wybiec z klubu studenckiego.

Doszło do tego, że szedłem spać o dziesiątej wieczorem i nie mogłem usnąć do czwartej nad ranem. Wiedziałem, że muszę pozbyć się moich myśli o Jezusie, zanim stracę rozum! Zawsze miałem otwarty umysł, ale nie aż tak otwarty, by go stracić.

Zaczyna się nowe życie

Mając otwarty umysł, 19 grudnia 1959 roku o godzinie 20.30, podczas mojego drugiego roku studiów na uniwersytecie, zostałem chrześcijaninem.

Ktoś zapytał mnie kiedyś: „Skąd wiesz?” Odpowiedziałem: „Byłem przy tym!” Tamtej nocy modliłem się. W modlitwie poruszyłem cztery sprawy, by nawiązać osobową więź ze zmartwychwstałym, żyjącym Chrystusem.

Najpierw podziękowałem: „Panie Jezu, dziękuję Ci za to, że umarłeś za mnie na krzyżu”. Po drugie, powiedziałem: „Wyznaję te sprawy w moim życiu, z których nie jestem zadowolony i proszę Cię o przebaczenie mi i oczyszczenie mnie”. (Biblia mówi: „Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją”). Po trzecie, poprosiłem: „A teraz, najlepiej jak umiem, otwieram Ci drzwi mojego serca i składam moją ufność w Tobie, jako moim Panu i Zbawcy. Obejmij władzę nad moim życiem. Przemień mnie od wewnątrz. Uczyń mnie takim człowiekiem, jakim chcesz, abym był”.

Ostatnie zdanie mojej modlitwy brzmiało: „Dziękuję Ci, że przez wiarę przyszedłeś do mojego życia”. Była to wiara oparta nie na ignorancji, lecz na materiale dowodowym, faktach historycznych i słowie Bożym.

Jestem pewien, że słyszałeś religijnych ludzi mówiących o swoim „oświeceniu”. Po tym, gdy ja się modliłem, nic się nie wydarzyło. Dokładnie nic. Nie rozwinęły mi się żadne skrzydła! W rzeczywistości po podjęciu tej decyzji poczułem się jeszcze gorzej. Dosłownie czułem, że chce mi się wymiotować. Wydawało mi się, że jestem głęboko chory w środku. „O nie, McDowell, w co ty się dałeś wciągnąć?” – zastanawiałem się. Naprawdę czułem, że tracę zmysły – i niektórzy moi przyjaciele zgadzali się z tym.

Zaczynają się przemiany

Lecz mogę wam powiedzieć jedno: w ciągu sześciu miesięcy do półtora roku po mojej modlitwie odkryłem, że nie straciłem zmysłów. Moje życie zostało przemienione!

Kiedyś dyskutowałem z dziekanem wydziału historii pewnego uniwersytetu i powiedziałem, że moje życie zostało przemienione. Przerwał mi mówiąc: „Panie McDowell, czy próbuje pan nam powiedzieć, że Bóg rzeczywiście przemienił pana życie w dwudziestym wieku? W jakich dziedzinach?”

Po czterdziestu pięciu minutach opisywania przeze mnie zmian powiedział: „W porządku. Wystarczy”.

Pokój umysłu

Jedną z dziedzin, o których mu powiedziałem, był mój niepokój. Zawsze musiałem być czymś zajęty. Musiałem być albo przy mojej dziewczynie, albo w jakiejś gorącej dyskusji. Gdy chodziłem po uniwersytecie, mój umysł był jak trąba powietrzna – szarpany konfliktami tu i tam. Siadałem, aby studiować czy rozmyślać – i nie potrafiłem.

Lecz w kilka miesięcy po podjęciu przeze mnie decyzji zaufania Jezusowi zaczął pojawiać się pewien spokój umysłu. Nie zrozumcie mnie źle. Nie mówię o nieobecności konfliktów. Tym, co znalazłem w osobowej więzi z Chrystusem, nie był brak konfliktów; to była zdolność do stawienia im czoła. Nie zamieniłbym tego na nic innego w świecie.

Opanowanie nerwów

Inną dziedziną, która zaczęła się zmieniać, były moje nerwy. Wściekałem się zwykle, gdy ktoś na mnie krzywo spojrzał. Ciągle jeszcze przejmują mnie dreszcze, gdy przypomnę sobie, jak na pierwszym roku studiów omalże nie zabiłem człowieka. Moje nerwy były tak bardzo częścią mnie, że nie starałem się nawet świadomie nad nimi panować.

Człowiek, którego nienawidziłem

Jest jeszcze jedna dziedzina, z której nie jestem dumny. Lecz mówię o tym, bo wielu ludzi potrzebuje tej samej przemiany w życiu poprzez osobową więź ze zmartwychwstałym, żyjącym Chrystusem. Tą dziedziną jest nienawiść.

W moim życiu było wiele nienawiści. Nie wyrażało się to otwarcie na zewnątrz, lecz kipiało w moim wnętrzu. Nienawidziłem ludzi, rzeczy, problemów. Jak wiele innych osób, nie miałem poczucia bezpieczeństwa. Zawsze, gdy spotykałem kogoś różnego ode mnie, czułem się zagrożony.

Człowiekiem, którego nienawidziłem najbardziej na świecie, był mój ojciec. Gardziłem nim. Był dla mnie „miejscowym alkoholikiem”. Jeżeli pochodzisz z niewielkiej miejscowości, a jedno z twoich rodziców jest alkoholikiem, wiesz, o czym mówię.

Wszyscy o tym wiedzieli. Moi przyjaciele ze szkoły żartowali sobie z wyczynów mego ojca. Nie zdawali sobie sprawy, że mnie to boli. Śmiałem się na zewnątrz, lecz – wierzcie mi – płakałem w środku. Widziałem moją matkę zbitą tak, że nie mogła wstać, leżącą w oborze na gnoju, między krowami.

Kiedy mieli przyjść do nas znajomi, wyprowadzałem mojego ojca, związywałem go w oborze, a potem parkowałem jego samochód za silosem. Znajomym mówiliśmy, że ojciec musiał gdzieś wyjść.

Myślę, że nikt nie mógłby znienawidzić nikogo bardziej niż ja mego ojca.

Od nienawiści do miłości

Może w pięć miesięcy po mojej decyzji Boża miłość weszła do mojego życia przez Jezusa Chrystusa. Zabrała tę nienawiść i przemieniła ją w miłość. Była tak mocna, że byłem w stanie spojrzeć mojemu ojcu prosto w oczy i powiedzieć: „Tato, kocham cię”. I rzeczywiście tak było. Po niektórych moich wyczynach był to dla niego szok.

Kiedy przeniosłem się na prywatny uniwersytet, miałem poważny wypadek samochodowy. Znalazłem się w domu z unieruchomioną szyją. Nigdy nie zapomnę, gdy ojciec wszedł do mojego pokoju i zapytał: „Synu, jak możesz kochać takiego ojca jak ja?”

Odpowiedziałem: „Tato, jeszcze sześć miesięcy temu pogardzałem tobą”.

Potem podzieliłem się z nim moimi odkryciami o Jezusie Chrystusie: „Pozwoliłem Jezusowi wejść do mojego życia, tato. Nie potrafię tego całkowicie wyjaśnić, lecz w rezultacie tej więzi z Nim potrafię kochać i akceptować nie tylko ciebie, ale także innych ludzi takimi, jacy są”.

Czterdzieści pięć minut później spotkało mnie jedno z największych wzruszeń mojego życia. Ktoś z mojej własnej rodziny, kto znał mnie tak dobrze, że nie potrafiłbym zamydlić mu oczu, powiedział do mnie: „Synu, jeżeli Bóg może zrobić w moim życiu to, co, jak widzę, zrobił w twoim, chcę dać Mu tę możliwość”. Zaraz potem mój ojciec modlił się wraz ze mną i zaufał Chrystusowi.

Zazwyczaj przemiany dokonują się w ciągu kilku dni, tygodni czy miesięcy. Moje życie przemieniło się w okresie od pół do półtora roku. Życie mojego ojca przemieniło się na moich oczach. Było to tak, jakby ktoś wyciągnął rękę i zapalił światło. Nigdy przedtem ani potem nie widziałem tak nagłej przemiany. Po tym wydarzeniu mój ojciec tylko raz tknął whisky. Podniósł ją jedynie na wysokość ust i to było wszystko.

To działa

Doszedłem w końcu do wniosku: osobowa więź z Jezusem Chrystusem przemienia życie ludzi. Możesz się śmiać z chrześcijaństwa, możesz drwić z niego i wyśmiewać je, ale ono działa. Przemienia życie ludzi. Jeżeli ufasz Chrystusowi, zacznij obserwować swoje postawy i działania, ponieważ Jezus Chrystus zajmuje się przemienianiem życia.

Wybór należy do ciebie

Lecz chrześcijaństwo nie jest czymś, co możesz wepchnąć komuś do gardła lub do czego możesz go zmusić. Ty masz swoje życie i ja mam swoje. Wszystko, co ja mogę zrobić, to powiedzieć ci, czego się nauczyłem. Potem wszystko zależy od twojej decyzji.

Moja żona przedstawiła to następująco: „Ponieważ Chrystus zmartwychwstał, On żyje. A ponieważ żyje, może wejść w życie człowieka, przebaczyć mu i przemienić go od wewnątrz”. Kluczowym elementem jest tutaj czynnik zmartwychwstania. On zmartwychwstał!

Twoja osobista decyzja

Podzieliłem się tym, jak osobiście odpowiedziałem na słowa Jezusa. Ty także musisz kiedyś postawić sobie to logiczne pytanie: „Jaką różnicę sprawia to, czy wierzę, czy nie w zmartwychwstanie Chrystusa?” Odpowiedź wyrażają najlepiej słowa, które Jezus skierował do Tomasza: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie”.

Poznawszy cały materiał dowodowy na temat zmartwychwstania Chrystusa i zastanowiwszy się nad faktem, że Jezus oferuje przebaczenie grzechów i wieczną więź z Bogiem, kto byłby tak lekkomyślny, by Go odrzucić? Chrystus żyje! On żyje dzisiaj!

Możesz zaufać Bogu właśnie teraz przez wiarę wyrażoną w modlitwie. Modlitwa jest rozmową z Bogiem. Bóg zna twoje serce i nie zależy Mu na starannie dobranych słowach, lecz na szczerości twojego serca. Jeżeli nigdy nie zaprosiłeś Jezusa do swojego serca jako swego osobistego Pana i Zbawiciela, możesz zrobić to właśnie teraz.

Ja modliłem się następująco: „Panie Jezu, potrzebuję Ciebie. Dziękuję, że umarłeś na krzyżu za moje grzechy. Otwieram Ci drzwi mojego życia i pokładam moją ufność w Tobie jako moim Panu i Zbawcy. Dziękuję Ci za przebaczenie moich grzechów i danie mi życia wiecznego. Uczyń mnie takim, jakim chcesz, abym był. Dziękuję Ci, że mogę Ci ufać”.

Jeżeli właśnie zaufałeś Chrystusowi lub zamierzasz uczynić to w najbliższej przyszłości, z pewnością będziesz miał wiele pytań – tak jak ja miałem po podjęciu mojej decyzji. Postaraj się znaleźć jakąś wspólnotę chrześcijańską. Z pewnością jej członkowie podzielą się z tobą prawdami na temat tego, jak twoje życie może być przemienione przez tę nową osobową więź z Bogiem mocą Jezusa Chrystusa, i opowiedzą ci o swoich doświadczeniach.

Josh McDowell jest pracownikiem Campus Crusade for Christ International, chrześcijańskiej organizacji o charakterze misyjnym, znanej w Polsce jako Ruch Nowego Życia. Ruch ten działa w ponad 155 krajach świata, głównie wśród studentów, starając się pomóc w pogłębieniu ich wiary i stosowaniu zasad chrześcijańskich w życiu codziennym. Polską częścią tej organizacji jest Ruch Nowego Życia (zobacz: http://www.rnz.org.pl)

Podsumowanie

Gdy materiał dowodowy zmusił mnie do wyciągnięcia wniosku, że Jezus Chrystus zmartwychwstał i musi być – jak sam twierdził – Synem Boga, odkryłem pewien osobisty problem. Mój umysł był przekonany, lecz moja wola ciągnęła mnie w innym kierunku.

19 grudnia 1959 roku postanowiłem wypróbować to wszystko i uznałem w modlitwie Jezusa Chrystusa za mego Pana i Zbawiciela oraz poprosiłem Go, by wszedł w moje życie i kierował nim. Rezultaty nie były natychmiastowe i dramatyczne, ale w ciągu następnych sześciu do osiemnastu miesięcy moje życie zostało przemienione.

Mój niepokój został zastąpiony przez spokój umysłu. Moje nerwy poddały się i przestały nade mną panować. Moja głęboka nienawiść do ojca-alkoholika zamieniła się w miłość… i ta miłość przemieniła także jego, gdy pomodlił się zapraszając Chrystusa do swojego życia.

Ta sama moc, która wzbudziła Jezusa Chrystusa z martwych, przemienia życie ludzi również dzisiaj. Może przemienić także ciebie, jeżeli poprosisz:

Panie Jezu, potrzebuję Ciebie. Dziękuję za to, że umarłeś za mnie na krzyżu. Przebacz mi i oczyść mnie. Otwieram Ci drzwi mojego życia i zapraszam Cię jako mego Pana i Zbawiciela. Uczyń mnie takim człowiekiem, jakim chcesz mnie mieć. Amen.

Kolejny rozdział (Dodatek 1)